Mam szczęście do koleżanek. Mam dużo i fajne je mam. Bo ja uwielbiam kobiety, mam w sobie taką wielką solidarność jajników i nie cierpię słyszeć, że baby są wredne dla siebie nawzajem. Szczególną słabość mam do dziewczyn kreatywnych, takich z pasją i z pomysłem, do tych, co idą przed siebie i nie narzekają, tylko robią fajne rzeczy.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą motherhood. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą motherhood. Pokaż wszystkie posty
wtorek, 25 lutego 2014
z wizytą u zucha
Mam szczęście do koleżanek. Mam dużo i fajne je mam. Bo ja uwielbiam kobiety, mam w sobie taką wielką solidarność jajników i nie cierpię słyszeć, że baby są wredne dla siebie nawzajem. Szczególną słabość mam do dziewczyn kreatywnych, takich z pasją i z pomysłem, do tych, co idą przed siebie i nie narzekają, tylko robią fajne rzeczy.
Etykiety:
amazing decor,
dzieciaki,
inspiracje,
inspiration,
interiors,
kids,
lifestyle,
macierzyństwo,
motherhood,
skandynawski styl,
sklep,
sklep internetowy
środa, 11 grudnia 2013
jedna z setek tysięcy
Dla wielu codzienność, banał i oczywistość. Wstajesz, ubierasz się, wychodzisz z domu, wsiadasz do samochodu, przekręcasz kluczyki w stacyjce, zapinasz pasy i jedziesz. Słuchasz radia, dłubiesz w nosie, sprzęgło, biegi, gaz - rutyna. Są Was setki tysięcy. Mijając na ulicy ludzi takich jak ja, nie zwracacie na nas uwagi, nie zdajecie sobie pewnie sprawy z zazdrości, z jaką nas Was patrzymy. My, użytkownicy komunikacji miejskiej, my, pierdoły i dupy wołowe, bez prawa jazdy i bez samochodu. Marznący na przystankach, moknący w drodze na nie, tłoczący się w autobusach, czekający na kolejkę. My, tragarze, niosący do domu siaty z żarciem, torby, torebki, laptopy i dzieci. Przeklinający w myślach, wkurwieni od samego rana na cały świat, na deszcz, na śnieg, mróz, na kałuże, na brak drobnych na bilet, a tak naprawdę to na siebie.
Postanowiłam wypisać się z tej bandy już ponad pięć lat temu, idea bycia kierowcą pociągała mnie tak bardzo, że pomagała wstawać bladym świtem i cisnąć o 6 rano na jazdy. Było fantastycznie, za kierownicą czułam się jak młody Bóg, frajda gigantyczna. Pierwszy oblany egzamin bolał, po drugim cierpiałam, po trzecim obraziłam się na instytucję prawa jazdy na pięć lat. Mój kujoński umysł nie akceptował, że pierwszy raz w życiu czegoś nie zdałam. Przez ten czas mój kompleks autobusiary nabrzmiał do takich rozmiarów, że nie wiem, skąd znalazłam w sobie siłę, żeby tej jesieni ponownie udać się na kurs. Przez poprzednie lata marzyłam o tym, a nie mogłam, strach przed porażką paraliżował mnie, a jednocześnie coraz trudniej było mi bez prawka żyć. Coraz częstsze wyjazdy pana małżonka, długie dojazdy do pracy, żałosne próby zorganizowania nam z młodą weekendowych wycieczek tramwajem...czułam się jak człowiek drugiej kategorii, który na własne życzenie nie korzysta z banalnej, dla większości oczywistej wygody przemieszczania się samochodem.
Ten przydługi wstęp jest po to, żebyście zrozumieli, o co ten hałas, skąd moja duma i niedowierzanie, dlaczego od wczoraj unoszę się metr nad ziemią. Tak, otóż tym razem zdałam, za pierwszym razem, nie popełniwszy na egzaminie nawet jednego błędu. Jeszcze nie do końca w to wierzę, że za chwileczkę, za momencik mój nabrzmiały kompleks całkiem już zniknie. Będę wstawać, ubierać się, wychodzić z domu, wsiadać do samochodu, przekręcać kluczyki w
stacyjce, zapinać pasy i jechać. Słuchać radia, dłubać w nosie,
sprzęgło, biegi, gaz - rutyna. Stanę się jedną z setek tysięcy. Postaram się zwracać na Was uwagę, choć to i tak nic nie da, drogie pierdoły i dupy wołowe. Trzeba działać, zamiast marzyć i patrzeć na jezdnię jak dziecko na cukierki przez szybę sklepu. Zamiast psioczyć od samego rana na cały świat, na deszcz, na śnieg, mróz, na kałuże, na brak drobnych na bilet, a tak naprawdę to na siebie, trzeba wziąć dupę w troki i zrobić to.
Wyidealizowałam sobie to prowadzenie samochodu przez ostatnie lata, stąd te opalone piękności z rozwianym włosem na zdjęciach poniżej. Nie martwcie się, wiem, że prawo jazdy nie wydłuży mi nóg, ani że nie pohulam w styczniu w szortach, codzienność kierowcy w kraju postkomunistycznym, w strefie klimatu umiarkowanego to jednak korki w deszczu i dziury w jezdni. Ja i tak będę się cieszyć z prowadzenia samochodu jak te wszystkie laski, choć w długich spodniach i w deszczu, choć po wodę i kartofle do sklepu, a nie na babski roadtrip. Już widzę oczami wyobraźni, już czuję tę wolność, przez łąki, przez pola pędzi fasola normalnie.
Dziś czuję, jakbym mogła wszystko, wygrałam sama ze sobą, rozpiera mnie duma i radość.
Ale będzie pięknie!
aaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaa!!!
wtorek, 3 grudnia 2013
blaski, cienie i kalendarz adwentowy
Ciężko zrobić cokolwiek dla siebie czy w domu, gdy jest się sam na sam z dzieciarem. Dzieciar skutecznie sabotuje wszelkie Twoje próby wykąpania się, posprzątania, pracowania czy cokolwiek sobie tam zaplanujesz. Małe, roszczeniowe bestie zniweczą wszystkie wysiłki, by przy weekendzie ogarnąć chałupę, zrelaksować się, nadrobić zaległości, nie mówię już o tak bzdurnych wymysłach jak czytanie. Nasza młoda jest bardzo samodzielna, więc nie chodzi już a takie "maaamo, daj", "mamooo, pomóż", co nie zmienia faktu, że ruchliwe z niej dziecię, a do tego gaduła. Jej nieco ponadmetrowa obecność jest widoczna i słyszalna z daleka, zawsze i wszędzie, jej kreatywność nie zna granic i paszcza jej się nie zamyka. Gdy więc jesteśmy same mogę zapomnieć o blogu, o napisaniu czegokolwiek, bo jej trajkotanie zagłuszyłoby myśli największym filozofom. Zapomnieć mogę o porządku, mimo że tak o nim marzę na weekend, bo nie zdążę wstać z łóżka i już mam stajnię w przedpokoju, piknik w kuchni i krajobraz jak po wojnie w jej pokoju. Rytuał porannych weekendowych kąpieli dawno już zarzuciłam, po tym jak kilka razy leżałam w wannie wypełnionej kaczuszkami, łódeczkami i wiaderkami, albo wybiegałam jak postrzelona i ganiałam goła, ociekająca wodą po chacie, ratując ją z różnych opresji i katastrof. Piszę to trochę na odsłodzenie wczorajszego posta, wyszło jakoś zbyt słitaśnie, jak wnoszę po Waszych komentarzach. Są blaski i cienie takich weekendów, moje drogie. Miniony weekend też był taki: z jednej strony babskie zakupy i prace ręczne, z drugiej: chlew, niedoczas, zmęczenie materiału. Nasz kalendarz, który chyba Wam się spodobał na facebooku powstawał na trzy: w piątek składanie kupionych na Allegro pudełeczek, w sobotę wypełnianie czekoladkami i naklejanie wydrukowanych wcześniej numerków, w niedzielę dopiero udało mi się obwiązać to wreszcie sznurkami i kokardami i ostatecznie zawiesić z boku lodówki. Ładne to to, ale ile roboty. Jeśli musiałyście weekend zrobić cokolwiek innego - czujcie się usprawiedliwione, że nie macie kalendarza. Ja już nie dałam rady ugotować nawet połowy obiadu.
Etykiety:
advent calendar,
christmas,
christmas decorations,
DIY,
dzieciaki,
kalendarz adwentowy,
kids,
macierzyństwo,
motherhood,
Święta
niedziela, 17 listopada 2013
chlebek bananowy (i trudne sprawy)
"Maamoooo" - mówi Zośka - "A czasami może się zdarzyć, że ktoś może umrzeć. Jak jest bardzo stary, jak dziadek Gienio. Dziadek Gienio może umrzeć, i babcia Miecia też, bo oni są bardzo starzy. A jak umrą, to już nie będą mogli wcale nic gadać."
I tak prawie codziennie ostatnio, na tapecie mamy aktualnie: śmierć, dzidzię, kupę i dupę. Serio, młoda układa wciąż rymowanki o swoim tyłku lub stolcu, zarykując się przy tym tak, że spada z krzeseł i krztusi się obiadem. No boki zrywać po prostu. Kiedy akurat nie o wydalaniu, to o umieraniu. Kto umrze pierwszy, albo że jak już umrę, to sobie przekłuje uszy. Pytania o wędrówkę do nieba trochę mnie krępują, niewiele wiem o transcendencji. Jej fascynacja życiem oczywiście musiała dotknąć akurat najtrudniejszych od wieków zagadnień, odpowiadam więc niepewnie na pytania o narodzinach, o dzidzi, o starości, śmierci i niebie. Kupę i dupę ignoruję, czekam aż jej przejdzie.
Albo uciekam już od niej, przytłoczona ciężarem gatunkowym filozoficznych rozważań czterolatki. I po jednej takie wyjątkowo zabawnej pieśni o kupie uciekłam wczoraj do kuchni. Rozejrzałam się po szafkach, rozważając, jakie mam opcje i okazało, że niewiele. Ale miałam banany. A jak masz banany, mąkę, cukier, jedno jajko i sodę, to już jest coś, to
jest materiał na coś wybitnego. Na wilgotny, aromatyczny bochenek,
ciężki, mokry, intensywny i - co tu dużo gadać - cudowny po prostu.
Najbardziej lubię go z nutką cynamonu i gdy chrupią w nim włoskie
orzechy. Zero miksowania, zero chlewu i syfu,
zero wysiłku, jedna miska, składniki, które zawsze masz w domu. A jak
nie masz, to się ogarnij i za tydzień już miej.
Składniki:
- 3 lub 4 dojrzałe banany, rozgniecione
- 1/3 szklanki roztopionego masła
- 3/4 szklanki brązowego cukru
- 1 roztrzepane jajko
- 1 łyżeczka ekstraktu z wanilii
- 1 łyżeczka sody oczyszczonej
- szczypta soli
- 1,5 szklanki mąki pszennej
- łyżeczka cynamonu
- 150 g orzechów włoskich
Przygotowanie:
Rozdziabać banany widelcem na papkę, wymieszać ją z roztopionym masłem (w wersji kryzysowej od biedy może być też olej).
Wmieszać roztrzepane jajko, cukier, wanilię. Na końcu dodać mąkę
z sodą, cynamonem i szczyptą soli. Wsypać posiekane orzechy, wymieszać, przelać do keksówki.
Piec przez godzinę w piekarniku nagrzanym do 180°C.
Zawsze podżeram jeszcze lekko ciepły, ale tak naprawdę najlepiej smakuje na drugi dzień, gdy zrobi się taki ciężki i mokry. Świetna rzecz na słodkie śniadanie.
źródło przepisu: Moje Wypieki
czwartek, 31 października 2013
keep calm and bake on (oraz muffinki-sowy)
Muszę się Wam do czegoś przyznać. Wczoraj zwątpiłam, bardzo zwątpiłam w to, co tu wyprawiam. Ale od początku. Moje dziecko poszło samo na pierwszą w życiu imprezę. Weszliśmy w ten kostiumowo-wizytowy okres, więc poczułam, że muszę stanąć na wysokości zadania. Niby wiem, że pierwsze Haloween to nie takie wielkie halo jak na przykład pierwsza komunia, ale jednak, mój perfekcjonistyczny umysł wypełniły wizualizacje. W głowie miałam te wszystkie wystylizowane babeczki i cake-popsy, ciasteczka i smakołyki w kształcie trupów, czaszek, przystrojone mózgami, pajęczynami, małe mumie i pająki pojawiły się w mojej głowie i chciałam zrobić je wszystkie. Łatwizna, widziałam na Pintereście przecież. Ja nie dam rady? Ja przecież prowadzę bloga semi-kulinarnego, ja się świetnie na tym znam i dekorowanie ciasteczek to dla mnie jak splunąć. Pająki, czaszki i mózgi, ja Was wszystkie wytworzę i wyprodukuję ku powszechnemu zachwytowi wszystkich.
Im bliżej dnia zero, tym moje plany robią się skromniejsze, tym mniej mam czasu, mocy i fantazji, brakuje mi wyrafinowanych cukierniczych dodatków, deficyt mam też siły i ochoty. W dniu zero mocy, fantazji i siły zostało już tyle, co brudu za paznokciem. I kiedy tak półprzytomna ze zmęczenia o 22-iej wyjęłam z pieca blachę muffinów i zaczęłam żałosne próby wystylizowania ich haloweenowo, wyrażałam się o nich tak, że dobrze, że Zośka już spała. Wulgaryzmy wszelkiej maści wypływały z moich ust, gdy kolejne cholerne ciasteczka łamały się i odpadały, gdy ubabrana czekoladą po łokcie musiałam stwierdzić, że nie umiem mnożyć i za mało ich kupiłam, by stworzyć muffinki-sowy.
Moje próby kreatywnego wybrnięcia z sytuacji skończyły się rozpaczliwie, nie miałam składników na mózgi ani na pająki, zaczęłam więc przyklejać im (muffinkom) oczka. Patrzyło teraz na mnie swoimi cukrowymi oczami kilka babeczek, patrzyły z wyrzutem, postanowiłam więc doprawić im buźki. Dokleiłam żelkowe szczęki. Efekt był kompletnie żałosny, patrzyło teraz na mnie osiem czekoladowych karpii, wyglądały jakby błagały o litość i powrót do wanny. Nie dość, że miały te rozdziawione, gumowe paszcze, to jeszcze oczka miały jakieś takie puste. Zaczęłam więc wypełniać je - na dużą cukrową kuleczkę mała cukrowa kuleczka, taka całkiem malutka. Pędzelek, woda, kuleczki wpadają w czekoladę, topią się i gubią.
Moje próby kreatywnego wybrnięcia z sytuacji skończyły się rozpaczliwie, nie miałam składników na mózgi ani na pająki, zaczęłam więc przyklejać im (muffinkom) oczka. Patrzyło teraz na mnie swoimi cukrowymi oczami kilka babeczek, patrzyły z wyrzutem, postanowiłam więc doprawić im buźki. Dokleiłam żelkowe szczęki. Efekt był kompletnie żałosny, patrzyło teraz na mnie osiem czekoladowych karpii, wyglądały jakby błagały o litość i powrót do wanny. Nie dość, że miały te rozdziawione, gumowe paszcze, to jeszcze oczka miały jakieś takie puste. Zaczęłam więc wypełniać je - na dużą cukrową kuleczkę mała cukrowa kuleczka, taka całkiem malutka. Pędzelek, woda, kuleczki wpadają w czekoladę, topią się i gubią.
I tu następuje moment kulminacyjny tej opowieści. Poczułam wtedy absurd sytuacji - jest 23-cia, jestem kobietą wykształconą i pracującą i oto ze łzami w oczach nanoszę mokrym pędzelkiem oczy czekoladowym karpiom. Ja przecież przeczytałam Heideggera i Wittgensteina! Ja rozprawki i eseje pisałam na tematy filozoficzne i ważne, dyskutowałam o tekstach feministek, ja klasyczne teorie socjologiczne zdałam na piątkę, i jak skończyłam?! Oczy babeczkom przyklejam, choć padam na ryj.
Ostatecznie wyszło nieźle, te sowy nawet całkiem spoko, gorzej prezentowały się te pseudo-mumie, następcy karpików. To nauczka, że nie da się wszystkiego, idealnie, perfekcyjnie, mimo wszystko, w środku nocy, jak te roboty z pinteresta.
Czekoladowe muffiny:
(ok.20 niskich babeczek)
• 1 i 1/2 szklanki mąki pszennej
• 3/4 szklanki cukru
• 1/4 - 1/3 szklanki kakao
• 1 łyżeczka sody oczyszczonej
• 1/3 łyżeczki soli
• 1/2 szklanki wody
• 1/2 szklanki maślanki lub jogurtu naturalnego
• 1/3 szklanki oliwy lub oleju roślinnego
• 1 łyżka rumu (likieru smakowego lub octu winnego)
źródło: Kwestia Smaku
Do dekoracji:
Czekoladę rozpuścić w kąpieli wodnej i rozsmarować na ostygniętych babeczkach. Ciasteczka rozłożyć na pół, na każdym ułożyć jedną drażę, leciutko docisnąć. Tak powstałe sowie oczy delikatnie nakleić na babeczkę, na środku zrobić nos z połowy drażetki.
To jeden z łatwiejszych sposobów na robiące wrażenie stylizowane wypieki, olejcie te wszystkie mózgi, mumie i duchy. Poczułam w tej rozpaczy nad "karpiami", że nie muszę być utalentowanym cukiernikiem, bo jestem już przecież: pielęgniarką, sprzątaczką, kochanką, kucharką, dekoratorką, animatorką, psychologiem dziecięcym, specjalistką od marketingu i piaru, blogerką.
Więc wyluzujcie, moje drogie, nie ma się co porywać z motyką na słońce, nie dajcie się omamić Pinterestowym dziwactwom.
Czekoladowe muffiny:
(ok.20 niskich babeczek)
• 1 i 1/2 szklanki mąki pszennej
• 3/4 szklanki cukru
• 1/4 - 1/3 szklanki kakao
• 1 łyżeczka sody oczyszczonej
• 1/3 łyżeczki soli
• 1/2 szklanki wody
• 1/2 szklanki maślanki lub jogurtu naturalnego
• 1/3 szklanki oliwy lub oleju roślinnego
• 1 łyżka rumu (likieru smakowego lub octu winnego)
- Mąkę przesiać do miski, dodać cukier, kakao, sodę, sól, wymieszać.
- Do suchych składników wlać mokre: wodę, maślankę lub jogurt, oliwę lub olej oraz rum (likier lub ocet winny). Delikatnie połączyć składniki mieszając łyżką.
- Papilotki napełnić masą do połowy wysokości, chcemy uzyskać niskie babeczki, żeby oczy sowom nie spadały.
- Wstawić do piekarnika i piec przez 25 minut. Po tym czasie patyczek wetknięty w środek powinien być suchy.
źródło: Kwestia Smaku
Do dekoracji:
- ciasteczka Oreo lub inne ciemne markizy z białym kremem (pod dwa ciastka na babeczkę)
- M&M's lub inne draże
- tabliczka czekolady (gorzka lub mleczna, wedle uznania)
Czekoladę rozpuścić w kąpieli wodnej i rozsmarować na ostygniętych babeczkach. Ciasteczka rozłożyć na pół, na każdym ułożyć jedną drażę, leciutko docisnąć. Tak powstałe sowie oczy delikatnie nakleić na babeczkę, na środku zrobić nos z połowy drażetki.
To jeden z łatwiejszych sposobów na robiące wrażenie stylizowane wypieki, olejcie te wszystkie mózgi, mumie i duchy. Poczułam w tej rozpaczy nad "karpiami", że nie muszę być utalentowanym cukiernikiem, bo jestem już przecież: pielęgniarką, sprzątaczką, kochanką, kucharką, dekoratorką, animatorką, psychologiem dziecięcym, specjalistką od marketingu i piaru, blogerką.
Więc wyluzujcie, moje drogie, nie ma się co porywać z motyką na słońce, nie dajcie się omamić Pinterestowym dziwactwom.
P.S: Musicie wiedzieć coś jeszcze - po cichu czytam Chujową Panią Domu i ryczę ze śmiechu.
Etykiety:
baking,
cookies,
dzieci,
femininity,
halloween,
kids,
kobiecość,
macierzyństwo,
motherhood,
muffinki,
muffins,
owls,
party,
przyjęcie,
sowy,
wypieki
wtorek, 17 września 2013
a cliche baking situation
Po moich ostatnich postach o Barbie i o potencjalnej, przyszłej wielowymiarowej kobiecości mojej córki, wielu mogło pomyśleć, że jestem NAWIEDZONA albo nawet (Boże uchowaj) WOJUJĄCĄ FEMINISTKĄ. Że biedna dziewczynka ma zakaz noszenia sukienek i już ją pewnie zapisałam na kurs pilotażu myśliwca oraz szkolę ją na prezydentkę.
No, nie, wcale że nie, otóż lubię Zośkę w sukienkach, może rzeczywiście nie nadużywam ich, bo wolę ją w dresach z obniżonym krokiem. Ostatnio jednak ubrałam ją w takie kwieciste cudo i upiekłyśmy razem ciasto, co za klisza. Wracałyśmy z przedszkola, wołała o słodkie i zastanawiałyśmy się, co by tu szybko upiec. Jak tak na nią patrzyłam, taką jesienną i śliczną w tych fioletach i granatach, ciasto ze śliwkami było oczywistym wyborem.
Sprawa była o tyle prosta, że w lodówce miałam resztkę kruchego ciasta z mojego stałego przepisu. Nie był to więc żaden ucierany klasyk tylko krucha tarta.
Na pieczenie, gotowanie, gniecenie i mieszanie nie trzeba Zośki dwa razy zapraszać. I to jest absolutnie cudowny czas, no uwielbiam to. Nawet mi ten syf, który wytwarzamy wokół siebie nie przeszkadza. Czasem sobie myślę, że to są takie chwile mamy z córką, które ona będzie kiedyś wspominać i wtedy się totalnie rozklejam (kolejna klisza, nie dbam o to). Ale gdy się akurat nie rozklejam, to po prostu celebruję te chwile, jak ona wsypuje, dolewa, miesza, zagniata ze mną kruche ciasto albo wyrabiamy drożdżowe na cztery ręce. Wzruszający babski czas razem, gdy wyciąga pestki ze śliwek, połowę w międzyczasie zżera albo robi kwaśne miny, wylizując limonki. Jest bliska wyskrobania dziury w garnku po czekoladzie czy bitej śmietanie. Pyta po co ta mąka ziemniaczana, a do czego ta żelatyna i czemu pierogi nazywają się ruskie. Te małe cudne rączki wyklejające blaszkę ciastem, sok ściekający po brodzie, rechot, że nam z miksera wystrzelił krem na szybę. No urocze to jest jak diabli.
A ciasto? mhmm...kruchy maślany spód, śmietankowy, cynamonowy środek, śliwkowo-orzechowy wierzch. Jesienne, pyszne i arcyszybkie. Nawet czterolatka da radę:)
Tarta śliwkowa
Składniki:
kruche ciasto z tego przepisu
Krem:
- 1 opakowanie 250 g serka mascarpone
- 150 ml śmietanki kremówki
- 1 jajko
- 1 cukier waniliowy
- 2 łyżki cukru pudru
- 1 łyżeczka cynamonu
- garść orzechów włoskich
- szczypta brązowego cukru
Przygotowanie:
- zagnieć kruche ciasto
- wylepić na wysmarowanej masłem foremce do tarty i podpiec ok.15 minut w 180 °C (aż będzie lekko rumiane)
- w tym czasie połączyć wszystkie składniki kremu na gładką masę - mikserem lub rózgą
- wylać krem na podpieczony spód, na wierzchu ułożyć śliwki, posypać posiekanymi orzechami i szczyptą brązowego cukru
- piec kolejne 15-20 minut aż wierzch się zrumieni, a środek nie będzie luźny
Jedzcie razem, poczuj się świetną mamą/ojcem, bądź dumna(y) ze swojej córki. W przypadku nieposiadania córki, po prostu jedz, popijaj earl grey'em i bądź dumna(y) z siebie.
...
Ingredients:
Shortcrust pastry according to this recipe
Cream:
- 250 g mascarpone
- 150 ml whipping cream
- 1 egg
- 1 wanilla sugar
- 2 spoons of icing sugar
- 1 teaspoon of cinnamon
- handful of walnuts
- pinch of brown sugar
Preparation:
- knead the pastry
- spread in on the buttered form and bake for about 15 minutes in 180 °C until it becomes golden brown
- in the meantime mix the cream ingredients smooth with mixer or a spoon
- pour the cream on the baked pastry, put plums on top, spinkle with chopped walnuts and pinch of brown sugar
- bake another 15-20 minutes until the top turns golden and the cream is not loose any more.
Eat it together, feel that you're a good mum/dad, be
proud of your daughter. In case of not having a daughter, simply eat it,
have some earl grey and be proud of yourself.
środa, 7 sierpnia 2013
po co komu dzieci?
Po co komu dzieci? Lista powodów, dla których nie przestaje mnie zadziwiać, że ludzie bogatego Zachodu mimo wszystko nie przestają się rozmnażać jest długa. Dzieci zabierają nam wolność (rozumianą jako egoistyczna swoboda robienia tego, co, gdzie i kiedy się chce), przesuwają nasze potrzeby na drugi plan, wywracają życie do góry nogami. Przynajmniej na jakiś czas odbierają lub bardzo ograniczają możliwość nocnego szwendania się po knajpach, spontanicznych podróży, systematyzują i podporządkowują życie swojemu rytmowi, ujmując mu jednak szczyptę szaleństwa. To czasem boli, tak jak boli skok na brzuch w niedzielę o 5 rano i towarzyszące mu głośne nawoływania do zabawy. Dzieci robią kupę (czasami dużo kupy), płaczą, wrzeszczą, brudzą, niszczą - niektóre częściej, inne rzadziej, zgadza się, ale wszystkie przynajmniej od czasu do czasu płaczą, wrzeszczą i niszczą, a już z pewnością wszystkie robią kupę. Dzieci trzeba karmić, myć, przebierać, zabawiać, opatrywać im rany, bawić się...mogłabym tak wymieniać i wymieniać. Podsumuję tylko: dzieci to naprawdę niezłe zamieszanie, masa obowiązków, małe, rozbiegane pępki świata, wokół których wszystko zaczyna się kręcić wraz z ich bolesnym przyjściem na świat.
To przyjście to materiał na osobną historię, każda z nas, matek, nosi w sobie mniejszy lub większy koszmarek związany z przeciskaniem się tego stworzenia rozmiaru arbuza przez otwór wielkości cytryny. Nie będę tu robić z siebie cierpiętnicy, bo w końcu wszystkie matki przez to przechodzą, powiem tylko tyle: to jak śmierć i odrodzenie. Fizycznie - bo rzeczywiście wiele kobiet czuje podczas porodu, że śmierć jest blisko (ze mną włącznie), by potem odrodzić się ze spuchniętą, różową kluską u boku, do której ktoś zapomniał dołączyć instrukcję obsługi. By odrodzić się w nowym ciele, krwią i mlekiem płynącym, ze smutno pustym brzuchem, w którym przed chwilą siedziało jeszcze to dziecko, niczym larwa w przyciasnym kokonie. Śmierć i odrodzenie odbywają się też, a może przede wszystkim, w wymiarze emocjonalnym i psychologicznym. Kimkolwiek byłaś i cokolwiek robiłaś przed ciążą - już nigdy nie będziesz tą samą kobietą, teraz już ZAWSZE będziesz (przede wszystkim lub między innymi) MATKĄ. To spory gwałt na tożsamości, uważam. No niby masz te 9 miesięcy, żeby to tego przywyknąć, ale i tak czujesz się jak inny człowiek. Trochę rozumiem ludzi po drastycznych operacjach plastycznych - ja też gapiłam się w lustro i pytałam "kim jesteś, kobieto?", oglądałam stare zdjęcia jak pacjent z amnezją, któremu rodzina stara się przywołać wspomnienia, w głębi duszy pytając "to naprawdę ja?". Proces odrodzenia to ponowne składanie wszystkich elementów tożsamości do kupy, jak układanie puzzli, których wydaje się, że jest jakoś za dużo, ale z czasem dla każdego znajduje się miejsce w układance.
Ale wracając do tematu: po co komu dzieci? Śpieszę odpowiedzieć, że mimo, że to niezły bajzel, dzieci służą do: znajdowania biedronek, wąchania, rysowania taty z cyckami, głaskania, zadawania trudnych pytań, noszenia na rękach, chichrania, całowania, przyłażenia w środku nocy, przytulania, gilgotek, zbierania kwiatów i badyli, gadania głupot, przyjemne są podczas wspólnej kąpieli, miło się z nimi zagniata ciasto, zbiega z górki na pazurki, jeździ wózkiem po wielkim sklepie, zrywa poziomki. Dzieci są do kochania.
Posiadanie dziecka, jak wszystko w życiu, ma jasną i mroczną stronę. Ponieważ dzieci wrzeszczące i wkurzone, te wszystkie kupy i bajzle są niefotogeniczne, popatrzcie sobie na tę niereprezentatywną dla wszystkich odcieni rodzicielstwa próbkę. Założę się, że kto nie ma dziecka - to zachce, kto ma jedno-zachce dwoje itd. Przyznać się:)
source: pinterest.com
Subskrybuj:
Posty (Atom)
loading..

























