piątek, 29 listopada 2013

o kryzysie szarej twarzy

Macie też takie okresy, że nie możecie na siebie patrzeć? Kiedy stojąc przed lustrem macie ochotę krzyczeć i płakać? Ja właśnie to przerabiam ostatnio. Jestem zmęczona i szara, moja twarz już parę lat temu straciła swój młodzieńczy blask, ale zazwyczaj nie robię z tego tragedii. Czytam czasem w pismach kobiecych mrożące krew w żyłach historie o ginących rodnikach, przerwanych włóknach kolagenowych i utracie elastyny. Kiedy czytam, boję się tego, co ze mną będzie, co nie zmienia faktu, że nie stosuję na co dzień maseczek algowych, kremów pod oczy, a kosmetyczkę widziałam ostatnio, gdy byłam w ciąży i nie byłam w stanie sama wydepilować sobie nóg.

Nie mam na nic czasu i moja pielęgnacja ogranicza się ostatnio praktycznie do regularnego mycia się. No dobra, przesadzam, zarzucam jakiś zwykły krem, a rano szybki makijaż. Chciałabym być luksusową, wypielęgnowaną pięknością, ale musiałabym w tym celu całkowicie zrezygnować ze snu. Albo z pracy. Zatrudnić gosposię. No, nieważne, nic z tego nie wchodzi w rachubę, więc raczej na pewno w najbliższym czasie nie mam szans za zostanie luksusową, wypielęgnowaną pięknością.

Ostatnio znajoma, która się trochę na tym zna, popatrzyła na mnie z troską i rzuciła "przydałaby Ci się mikrodermabrazja". Już chciałam zapytać "mikro-co???", ale przypomniałam sobie, że chodzi o jakieś złuszczanie. Czyli jednak, jestem szara. Najgorzej.

Kiedy więc dostałam paczkę od Beauty Lab, poczułam się, jakby czytali w moich myślach. Nie dość, że po otwarciu czarnego pudełka i ujrzeniu złotych pudełeczek poczułam zapach luksusu, jakiego na co dzień nie doświadcza moja skóra, to jeszcze zobaczyłam, że dostałam mikrodermabrazję. "Zrobię sobię mikrodermabrazję" mówię sobie od kilku dni i mimo, że co wieczór zasypiam skonana nie wykonawszy jej przed snem, i tak czuję się jakoś piękniej. Od samej obecności tych szlachetnych słoiczków w łazience, moja samoocena skoczyła w górę. 

Dziś znowu zasnę w ubraniach, z laptopem na kolanach albo twarzą w książce, jest piątek, więc to pewne. Ale jutro...jutro natomiast odnowię sobie wszystkie komórki, złuszczę wszystko, co niepotrzebne, wystymuluję swoje krążenie i zamierzam przy sobocie być wreszcie luksusową, wypielęgnowaną pięknością.

Będę testować, dam Wam znać, póki co używam tylko cudnego płynu do twarzy Glycowash i serum, którego opakowanie i opis wyglądają, jakby zostało wyprodukowane w NASA. Komfort ogromny, wyższa półka, to czuć od razu i to niewątpliwie poprawia samopoczucie człowiekowi o szarej cerze. Jeśli więc jak ja marzycie od czasu do czasu, by zostać luksusową pięknością, albo chcecie sprawić, by ktoś bliski tak się poczuł, zainwestujcie na święta w coś takiego. Dobrze robi kobiecie zmęczonej, co płacze na widok lustra, serio.







Zajrzyjcie na BeautyLab Polska, żeby poczytać o tych kosmicznych miksturach albo najlepiej od razu kupić je swoim poszarzałym matkom, siostrom i przyjaciółkom.

Z życzeniami drobnych, luksusowych przyjemności na weekend,
Wasza,
(jeszcze) szara Polka Dot.

czwartek, 28 listopada 2013

zaczynamy odliczanie

Już za chwileczkę, już za momencik zaczynamy odliczanie. Już nie narażę się na falstart, już wszystkie christmasy z marketowych głośników będą uprawnione, już mogę spokojnie co weekend piec kolejne partie ciasteczek i chować je do puszek i słojów, oficjalnie jest pozwolenie na lampki, wieńce, mikołaje zewnętrzne dmuchane i cały ten cudowny klimat. Nie ma się co zastanawiać, czy te dwa dni i jeden i wieczór są warte całego tego zachodu, tych wszystkich dekoracji, wypieków, godzin spędzonych na wybieraniu, kupowaniu i pakowaniu prezentów, lepieniu pierogów, tego wysiłku, jakiego wymaga przytaszczenie do domu drzewa czy ulepienie stu pięćdziesięciu uszek. Bo nie jest. Kompletny nonsens to jest. 

Dlatego ja się nie zastanawiam, nie analizuję, nie myślę trzeźwo ani nie używam w tej kwestii zdrowego rozsądku. Grudzień, adwent są po to by je celebrować, jasne, że z myślą, że na końcu są one - wyczekiwane, magiczne Święta. Ale nie ma się co łudzić, że ten miesiąc jest tylko po to, by te dni były idealne. Bo nie będą. Teściowa skrytykuje Twój barszcz albo przypalisz karpia, choinka Ci opadnie jeszcze przed Wigilią albo dostaniesz fatalne prezenty, albo będziesz zbyt zmęczona, by się tymi dniami cieszyć, albo Twoi bliscy zbyt dalecy, by było dobrze. Coś pójdzie nie tak, to więcej niż pewne. Ja i tak zaczynam odliczanie, nie skupiam się na samym finale, tylko celebruję to, co tu i teraz. Będę palić światełka i świece, stroić, dekorować, piec pierniki, kupować prezenty, będę robić z Zośką łańcuchy, gwiazdy i serduszka, wykrawać ciasteczka, nie na czas, nie na ilość, tylko ciesząc się każdą z tych chwil z osobna.

Zaczynamy w najbliższy weekend papierniczo-słodyczowym babskim szopingiem i pierwszym przedświątecznym wyzwaniem z cyklu DIY: kalendarz adwentowy. Podobają mi się wszystkie te pudełeczka, wiaderka, pakuneczki, kieszonki i domki, jeszcze nie zdecydowałam na 100%, w którą stronę pójdziemy, negocjacje trwają. Oprócz walorów estetycznych kalendarze adwentowe mają jeszcze jedną zaletę, ułatwiają odpowiedź na bardzo ważne pytanie, które w grudniu pada po cztery razy dziennie: "Mamoooo, a kiedy przyjdzie Mikołaj?".
























źródło: pinterest
 
Jeśli chcielibyście mieć własny kalendarz adwentowy, ale brakuje Wam czasu, talentu, produktów albo po prostu macie lepsze rzeczy do roboty niż grzebanie się z dwudziestoma czterema pudełeczkami, możecie kupić sobie piękny kalendarz od kogoś, kto ma talentu w nadmiarze. Moja bratowa uszyła ich tym roku mnóstwo, jeden ładniejszy od drugiego, o tak się prezentują w Zosinym:










Kalendarze można kupić tutaj. A więcej prac zdolnej Agi aka CottonCreations obejrzeć tu.

poniedziałek, 25 listopada 2013

zupa ekomatki (dla połowy osiedla)

Składnik niemal magiczny, podobno odkwasza, rozgrzewa, wzmacnia odporność i czyni różne inne cuda. Kasza jaglana, wraca do łask na fali mody na zdrowie odżywianie. Ekomatki wyciągnęły ją z otchłani zapomnienia i tak oto wpadłam na jej trop jakiś roku temu i zwariowałam. Jako modna, eko i matka rzuciłam się na te złote kuleczki i zaczęłam robić z nich wszystko, co się da: kotleciki wszelkiej maści, pasty kanapkowe, zupy, słodkie śniadania z mlekiem, miodem i bakaliami. Ciężko stwierdzić, czy się od tego odkwasiliśmy jakoś szczególnie, ale moje sumienie było spokojne, a nasze brzuchy pełne. Czułam się modna i eko, a w dodatku kotleciki, pasty i zupy smakowały znakomicie.

Talerz gorącej zupy po powrocie do domu to jedna z lepszych rzeczy, jakie mogą Cię spotkać w listopadzie. Rozgrzewa, koi i syci, jedzona tak jak u nas - przed osiemnastą, pozwala dojechać do końca dnia bez podżerania. Prawdopodobieństwo dotrwania wzrasta, gdy zupa jest gęsta i zawiesista, a szansa na rozgrzanie, gdy pełna naturalnych ocieplaczy - imbiru, chili, czosnku.

Jeśli masz w nosie, czy jesteś modna i eko albo nie jesteś matką, niech przekona Cię argument pragmatyczny: wrzucasz do gara trochę przypraw i warzyw, dodajesz kaszę, gotujesz, miksujesz i masz - wielki na gar pysznej zawiesiny, którym nakarmisz pół osiedla. Ta zupa to był mój ostatni przebłysk geniuszu, gdy lodówka była w stanie "dzień przed zakupami", a ja w nastroju "p****olę, nie robię".




Przygotowanie:

W garnku rozgrzać kilka łyżek oliwy z oliwek, uprażyć na niej przyprawy: starty na najdrobniejszej tarce korzeń imbiru, chili, czosnek, curry i kurkumę. Wrzucić warzywa: mogą to być obrane i pokrojone świeże (marchew, seler korzeniowy, pietruszka) lub paczka mrożonej włoszczyzny (użyłam mrożonki chińskiej), posolić. Poddusić chwilę warzywa, zalać wodą, zagotować, do bulionu wsypać przepłukaną uprzednio kaszę jaglaną i gotować wszystko jakieś 20 minut. Po tym czasie zmiksować całość blenderem na krem, nie całkiem na gładko, fajnie, gdy wyczuwalne są kawałeczki warzyw. Podawać z kleksem jogurtu naturalnego (świetny jest tej kontrast zimnego jogurtu, który łagodzi pikantność kremu) i uprażonymi pestkami dyni lub ziarenkami sezamu.

Nakarmić pół osiedla lub kontemplować proces wewnętrznego odkwaszania.

niedziela, 24 listopada 2013

Konkurs Mikołajkowy

Stało się, jest, oto on - pierwszy polkowy konkurs. Wraz ze sklepem lots of dots organizuję Mikołajkową  zabawę, w której do wygrania są trzy prześliczne laleczki Sonny Angels z limitowanej świątecznej serii Christmas 2013 .


 ZASADY KONKURSU

1. Jeśli posiadasz konto na Facebooku, polub fanpage The Polka Dot Project i lots of dots.
2. Zgłoś chęć udziału w konkursie w komentarzach do tego posta. Napisz, dla kogo chciałbyś wygrać świątecznego aniołka i dlaczego.
3. Jeśli nie posiadasz bloga/konta Google i komentujesz jako anonim, wyślij swoją odpowiedź także mailem na thepolka.project@gmail.com.
4. Zabawa trwa do północy 1.12. 
5. Wyniki konkursu zostaną ogłoszone w poniedziałek, 2-go grudnia, tak, by wygrani mogli dostać swoje aniołki jeszcze przed Mikołajkami.
6. Aniołki to niespodzianki - są szczelnie zapakowane w kolorowe pudełeczka i nie wiadomo, który egzemplarz znajduje się w środku.








Jeśli tak jak ja chcesz sprawić komuś radość na Mikołajki takim uroczym aniołkiem, zapraszam do zabawy!

sobota, 23 listopada 2013

mikołajkowe misterium

Budziłam się po kilka razy w ciągu nocy i w totalnej ciemnicy macałam stojące przy łóżku buty. Szeleszczą papierki - był! Budziłam brata, zapalaliśmy lampkę i rzucaliśmy się na paczki, wypakowując z nich cukierki, czekoladki i różne drobiazgi. Moje wspomnienie Mikołajkowych poranków z dzieciństwa to pamięć ogromnej magii i wielkich emocji, to były absolutnie wyjątkowe dni. Raz, że wypełnione słodyczami do granic możliwości, dwa, że naprawdę czułam wtedy te czarodziejskie świąteczne fluidy.

Łykałam wszystko jak ciepłe bułki - od aniołków, które zabierały moje listy zza okna, przez grubego kolesia, który przenikał do nas przez dziurkę od klucza, aż po chudego sąsiada w niebieskim szlafroku, który wręczał mi lalkę (pewnie coś w okolicach '88 roku), twierdząc, że jest Świętym. Uwielbiam te świąteczne bujdy tak jak uwielbiałam dostawać mikołajkowe drobiazgi, zawsze oprócz łakoci w paczce były różne papierniczo-zabawkowe małe cudności: notesiki, naklejki, kolorowe ołówki i najsilniejsze wspomnienie: przyczepiaczki. Tak się u mnie w rodzinie mówiło na małe, kolorowe maskotki z Pewexu, którym można było otwierać łapki i gustownie osadzać je np. na krawędzi zasłony. Pamiętacie je? Mam do nich straszny sentyment, co roku moja kolekcja rosła o dodatkową: małpkę, żabkę czy innego pieska i doczepiałam je do rzędu pozostałych na zasłonie. Szał.

Odtwarzam teraz to wszystko, tworzę ten mikołajkowy teatr dla Zośki tak, jak robiła to moja mama. Buduję napięcie wieczornym szorowaniem butów, wprowadzam też dodatkowy element dramaturgii w postaci zostawiania na stole ciasteczek i mleka dla Mikołaja. Mama jeszcze nie znała tego patentu, to były czasy sprzed amerykańskich filmów świątecznych. W ubiegłym roku Zośka miała już ponad trzy latka i to były jej pierwsze świadome Mikołajki...zamarła rano na widok pustej szklanki po mleku i okruszków na talerzu. Wyglądała, jakby otarła się o jakieś misterium. Zaczęła się drzeć i trząść, potem rzuciła się na swoje buty...leżeliśmy razem w pościeli, gdy wyciągała czekoladki, naklejki, kredki ("Maamooo, marzyłam o takich!!!"), a ja ryczałam.

Dlatego nie mogę doczekać się Mikołajkowego poranka w tym roku, to jest tak wzruszające dawanie dziecku magii i szczęścia, rozklejam się totalnie, kiedy pomyślę, że to właśnie będzie jej wspomnienie na resztę życia. W tym roku oprócz pewnej koniecznej dawki łakoci znów idę w papierniki. Znalazłam takie cuda, że sama chciałabym je znaleźć w bucie. Będą więc ołówki, długopisy, naklejki, portfelik i... no, może nie "przyczepiaczki", coś o wiele ładniejszego - Sonny Angels. Znałam je z zagranicznych blogów, jak zobaczyłam, że można je kupić w Polsce, oszalałam. To przeurocze, małe golaski ze zwierzęcymi, kwiatowymi czy warzywnymi głowami. Wybierając takie rzeczy, odtwarzam swoje wspomnienia, wiem to, ale one są piękne, więc chyba nie ma w tym nic złego. I tak sobie myślę - może te aniołki to będzie już nasza Mikołajkowa tradycja?

Zośka w tym roku w bucie znajdzie oprócz łakoci zestaw uroczych japońskich papierniczych drobiazgów i trzy małe aniołki Sonny Angel z przepięknego sklepiku (nomen omen!) lots of dots.

Chcielibyście takie golaski do buta dla swoich dzieciaków?

Uwaga, uwaga, taram, taram - już jutro mój pierwszy konkurs, w którym będzie można wygrać te cudaki z limitowanej, świątecznej kolekcji.

Czuwajcie!














źródło zdjęć: pinterest, lots of lots