Paczka z tą pościelą przeleżała tydzień, zanim zdecydowałam się ją wreszcie założyć. Nie było po co jakoś, jak połowa łóżka była pusta.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą home decor. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą home decor. Pokaż wszystkie posty
poniedziałek, 12 maja 2014
poniedziałek, 2 grudnia 2013
babskie sprawy (z czterolatką)
Babski weekend. Zamiast zabiegów w spa miałam nocną nasiadówę we własnej łazience z mikrodermabrazją i maseczką (jest meeega). Zamiast kolorowych drineczków miałam herbatę z cytrynówką, wypitą samotnie przed komputerem. Kobiecy szoping w moim wydaniu to nie nowe fatałaszki, tylko ciepłe kozaki dla czterolatki, foremki do ciasteczek, brokat i sztuczny śnieg do ozdób choinkowych. Byłyśmy z Zośką same, dogadzałyśmy sobie od rana puszystymi pankejkami z żurawiną i skórką pomarańczową, pizzą na mieście, łaziłyśmy w piżamach do południa, wyklejając cyferki na kalendarzu adwentowym (jutro!). Zosia i ja, mama i córka, babskie sprawy, chichranie i spanie w przytuleniu, chociaż całe łóżko nasze. Nie chciałabym utrwalać w niej takiej kliszy, że jak babski dzień, to zakupy. Były też prace ręczne, rozmowy, wygłupy, książki, zabawki, malowanie. Ale lubię to, lubię oglądać z nią chomiczki na wystawie zoologicznego, przymierzać ubrania, oglądać duperele i tłumaczyć jej, dlaczego ich nie potrzebujemy. Jestem zawsze bardzo dumna, bo nigdy nie było u nas sklepowych histerii i wymuszania zakupów, dogadujemy się i umawiamy, na co możemy sobie pozwolić, na jakie atrakcje jest czas i kasa. Mądra moja.
Ja też byłam grzeczna na zakupach, nie kupiłam (prawie) nic niepotrzebnego. Dostałam tylko wewnętrznej histerii ze szczęścia na widok wielkiego akwarium, wypełnionego po brzegi ceramicznymi gałkami w nanu nana. Jak wygłodniałe dziecko w sklepie z cukierkami, zwariowałam. Następnego dnia odmieniłyśmy z młodą jej komodę, mama i córka, śrubokręt w dłoń i mebel jak nowy. Potem galeria świątecznych obrazków, podrukowałam jej różne Mikołaje, renifery i napisy, do tego sznur lampek i szyna nad biurkiem jest już adwentowa.
A jak Wam minął weekend? Jakieś przedświąteczne przygotowania?
Udanego tygodnia,
A.
Etykiety:
christmas,
christmas decorations,
dekoracje,
dzieciaki,
home decor,
kids,
kids' rooms,
lifestyle,
pokój dziewczynki,
shopping,
Święta,
zakupy
sobota, 16 listopada 2013
przedświąteczny falstart?
Wieje dziś tak, że nikt mnie na dwór nie wygoni. Świat ma szary kolor, siedzę w przy kuchennym stole, obserwuję łyse czubki drzew. Kawa z piernikowym syropem i urokliwe światło lampek dodają mi otuchy, odgradzają mnie od tej szarości i wichury świetlistą, ciepłą, kojącą barierą. Przy moim kuchennym stole jest bezpiecznie i jasno, pachnąca korzeniami zawartość filiżanki rozgrzewa i tuli mnie od środka. Czy właśnie stałam się jak te znienawidzone supermarkety z "Last Christmas" z głośników dzień po Zaduszkach? Czy popełniłam właśnie taki przedświąteczny falstart?
Zasadniczo jestem przeciwna dekorowaniu witryn sklepowych Mikołajami natychmiast po usunięciu z nich Halloweenowych dyń. Nie popieram rozpoczęcia sprzedaży bombek 3-go listopada, a także nie jestem fanką słuchania "christmasów" w hipermarketach natychmiast po tym, jak z drzew opadną liście. Zgadzam się z wszystkimi, którzy ubolewają nad komercjalizacją Świąt i straszą, że niedługo choinki w galeriach handlowych staną już we wrześniu. Nie popieram i jestem przeciwna. Co jednak począć z tym nieszczęsnym listopadem, gdy jest się tak bardzo niecierpliwym oraz absolutnie niepoprawnie i romantycznie uwielbia się Święta? Co ustawić na komodzie, gdy zgniją wszystkie malowane dynie?
Uważam, że ta motywacja szczera i głęboka jest usprawiedliwieniem dla wprowadzenia lekko pachnących już Świętami dekoracji. W przeciwieństwie do motywacji handlowej rzecz jasna. Robię sobie klimat przedświąteczny, z naciskiem na PRZED. Oznacza to, że nie mam jeszcze choinki, wieńców z igliwia, nie wieszam bombek, ani dmuchanego Mikołaja na balkonie. Ja sobie tylko zawiesiłam trochę lampek i kilka leśnych stworów, przyniosłam naręcze szyszek - są tak nieoczywiście przedświąteczne. Znalazłam sobie ten dekoracyjny leitmotiv na przetrwanie. Jezu, jak mi dobrze w tym moim świetlistym lesie.
Pławiąc się w tej domowości pozdrawiam Was serdecznie,
Ciepłe kluchy.
♥
Leśne zawieszki od House Doctor i piernikowy syrop Nicolasa Vahe kupiłam w sklepie
poniedziałek, 11 listopada 2013
bliskie spotkania i comiesięczna porcja nowości, czyli weekend idealny
Mój weekend zaczął się doskonale - mieszkaniowy szoping, a potem babskie wino. Odwiedziny u kogoś bliskiego, z kim od lat widuję się za rzadko, zaczęły trzydniową serię gości i gościn, robienia rzeczy, które robię dla siebie i innych za rzadko. Jak zwykle pod koniec weekendu, kiedy zrobiłam za mało, kiedy to wiele rzeczy zaniedbałam, mam napad lekkiej paniki i wyrzuty sumienia. Ale potem przypominam sobie, jak długo planowałam zaprosić tych troje i jak bardzo lubię obiady u teściów. Jak fajnie było wypić trzy herbaty i zjeść dużo TYCH ciastek (no musiałam po prostu upiec je znowu!) przy dźwiękach pisków naszych wreszcie bawiących się razem pysznie dzieciaków. Jak dobrze smakują pieczenie teściowej jedzone w moim trzecim domu. Jak miło było się lekko ululać na okrągłych urodzinach młodszego, plotkować z kuzynostwem i ciotkami. Lekki napad paniki ustąpił, gdy przypomniałam sobie, że zawsze żałuję, że tak rzadko siedzimy tak na luzie u brata, że w zasadzie nigdy nie zrobiliśmy spontanicznie czegoś takiego jak dziś: pizza na telefon i gra planszowa. Olewam to, co niezrobione, naładowałam się energią i ogrzałam ciepłem bliskich ludzi. Zrobiłam zatem więcej niż sądziłam, zaniedbałam mniej niż mi się wydawało, bo tylko jakieś głupie obowiązki.
Nie mam z tych spotkań żadnej dokumentacji, za miłe były, by je psuć foceniem. Obstrykałam jednak, drodzy czytelnicy, na Waszą prośbę, kochani fejsbukowicze, moje zakupowe łupy. Nie ma tegoś jakoś bardzo dużo, toczyłam w tych sklepach wewnętrzną walkę i ostatecznie w kilku sytuacjach wygrałam - koszyczki i puszeczki odłożyłam na półkę.
Tak jak planowałam, tak też uczyniłam - zrobiłam nalot na gdyński H&M Home. Wróciłam stamtąd z kilkoma upatrzonymi już wcześniej drobiazgami, które natychmiast znalazły swoje miejsce w domu i już po paru godzinach rozgościły się jak u siebie. Ogromną radochę sprawiła mi Zara Home i te gałki - kupiłam dwa komplety pastelowych ceramicznych cudeniek za grosze istne, za mniej niż cenę jednej w internetowych sklepach. Te liliowe poszły na kredens do pokoju, drugi zestaw - błękitny, upiększył szafkę w łazience.
Comiesięczna porcja nowości zaliczona.
czwartek, 7 listopada 2013
a forrest leitmotiv for a senseless month
Nie cierpię listopada, ten miesiąc jest dla mnie kompletnie bez sensu i od czapy. Zaczyna się myśleniem o śmierci, tęsknotą, smutkiem, melancholią, to jak ma być fajny i wesoły potem. Listopad to taka czarna dziura w kalendarzu, ani to jesień, ani zima, ciemno, łyso, nijak. Do Świąt jeszcze daleko, zimy nie widać, nie wiadomo co. Na ten czas nijaki i od czapy wymyśliłam sobie dekoracyjny leitmotiv: czarno-biało, światełka, las. Sarny, wiewiórki, szyszki, badyle, lampki, dużo drobnych, ryżowych światełek.
Pięknie, co?
...
I hate November, this month is a complete nonsense. It starts with thinking of death, with misery, sadness and melancholy, there's no way it can be cool and fun later. November is a black hole in the calendar to me, not fall, not winter, dark, bold and cold. Christmas is still far ahead and so is winter, we're in a non-defined suspension. For this wishy-washy time of the year I figured out a decorative leitmotiv: black and white, fairy lights, forrest. Deers, squirrels, cones, sticks from the forrest, plenty of tiny, white fairy lights.
Beautiful, huh?
źródło: pinterest
1,2 - by Nord
3,4,5,6 - House Doctor
poniedziałek, 4 listopada 2013
thank God for Sundays and husbands
Lubię dni, kiedy nic nie muszę. Rzadko udaje mi się uwolnić od tego wewnętrzego głosu, który każe w kółko coś robić. Zazwyczaj lubię być w ruchu, gdy coś się dzieje, a jak się nie dzieje, sprawiam, by zaczęło. Wczoraj celebrowałam "nic nie muszenie", snułam się po domu, prawie milcząca, dostałam śniadanie, dostałam obiad, Zosia malowała, układała, budowała rakietę nie ze mną. Ja układałam gipsówkę w dzbanku, odcinałam gałązka po gałązce, zamyślona i nieobecna. Wyjęłam z kosza lampki, rozwiesiłam w kuchni, zrobiło się ciepło i jasno. Nie, że Święta czy coś, zawsze jak robi się szaro i ciemno na świecie, wyciągam lampki. Chowam dopiero po letniej zmianie czasu, jak skumam, że od miesiąca ich nie włączałam, bo jest już jasno. Kawa, herbata, kolejna kawa, kolejna herbata, gazety, internety, później powrót do rzeczywistości i planowanie tygodnia, bo od jutra znowu będę musieć. Dobrze jest mieć kogoś, kto czasem przejmie pałeczkę i pozwala odetchnąć, dla higieny psychicznej za długo przycinać gipsówkę. Fajnie jest nie musieć odpowiadać na za dużo za trudnych pytań, nie gotować, gdy mi się nie chce.
Jak dobrze, że są niedziele, jak dobrze, że są mężowie.
...
I like days when I don't have to do stuff. I rarely manage to free from the inner voice that tells me to do things all the time. I usually like to be active, when there's a lot going on, and when there's not, I make things happen. Yesterday I celebrated not having to do stuff, I mooned around the house, almost silent, I was served breakfast and dinner, Zosia was painting, playing and biulding a rocket not with me. I arranged gypsophylia in a jug, cutting spray after spray, absent and pensive. I took out the lights and put them up in the kitchen, it became warmer and brighter. Not that it's Christmas time already or anything, when it becomes grey and dark, I always take out the lamps. I put them back only after the summer time change, once I realize it's bright again. Coffee, tea, another coffee, another tea, newspapers, internet, later a comeback to reality and planning a week, starting from tomorrow I will have to do stuff back again. It's good to have someone who fills in for you once in a while and lets you catch your breath, who lets you cut gypsophilia sprays for a too long just to regain mental hygiene. It's good not have to answer too many too difficult questions, not having to cook when I don't feel like.
Thank God for Sundays and husbands.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
loading..






