Pokazywanie postów oznaczonych etykietą free time. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą free time. Pokaż wszystkie posty

sobota, 19 października 2013

jestę blogerę

Moja tożsamość wzbogaciła się dzisiaj o kolejną rolę. Piszę wprawdzie już trzeci miesiąc, ale wciąż jestem przede wszystkim kobietą, matką, żoną, córką, pracownikiem, a nie żadną tam (cytuję męża) "bloginką". Dziś definicja sytuacji (spotkanie blogerek) przyniosła też nową definicję tożsamości (blogerka). Nie wiem, czy blogerzy to jakaś odmienna kategoria ludzi, odrębna grupa społeczna, a może zawodowa? Czym różnią się od nieblogerów? Są bardziej ekshibicjonistyczni, narcystyczni, mądrzejsi, głupsi? Nie wiem. Ale pewnie się dowiem, bo zostałam wciągnięta w poczet, pasowana na, ochrzczona na bloginkę. Jadłam, piłam, uprawiałam small-talki, socjalizowałam się z robiącymi podobnie jak ja - zdjęcia wszystkiemu, co zjedzą. 

Jeszcze nie wiem, jak się z tym czuję, ale od dziś już przynajmniej czuję - jestę blogerę!










niedziela, 1 września 2013

Gdańsku, pozwól żyć

Gdańsk jest muzealny i toporny, niestety. Mimo wielu ciekawych inicjatyw kulturalnych, festiwali, fajnych ludzi i coraz większej liczby dobrych lokali, wciąż taki jest. Taka jego architektura, taki słaby urbanizacyjny (nie)ład, taka brutalnie pocięta przestrzeń plus taki urząd. Lwy w koronie zamiast logo, Maryla Rodowicz na Targu Węglowym plus Jarmark Dominikański - żenada, wstyd i obciach. Gdyby nie ludzie - organizacje, stowarzyszenia, kluby i artyści, to miasto nadal byłoby totalnie siermiężne.

Tym bardziej cieszy, że coraz więcej ich - ludzi i inicjatyw, mających na celu ożywienie jeszcze do niedawna całkiem wymarłego centrum. Centrum spod znaku bernstein i czerstwych ogródków gastro wypełnionych najwyżej do 19-tej. To, co zauważałam od dawna - i co szczególnie kłuło w oczy po powrotach z europejskich metropolii, widzi coraz więcej Gdańszczan, tylko im - w przeciwieństwie do mnie - chce się działać.

Dlatego wczoraj, kiedy wreszcie po niemal tygodniu obserwacji tylko w internecie, wreszcie udało mi się dotrzeć na Targ Węglowy i usiąść na trawie (sic!), nie mogłam się tym nacieszyć. Takie tętno przestrzeni miejskiej, znane mi dotąd tylko z Berlińskich placów, Paryskich skwerów, czy Londyńskich parków poczułam dziś w moim (muzealnym i topornym przecież) Gdańsku!

Była joga na trawie, leżaki, kocyki, piknikowe kosze, drewniane kubiki, salsa, hula-hop, rysowanie, bieganie i wygrzewanie się słońcu, w miejscu, w którym jakiś kretyn kilkadziesiąt już pewnie lat temu stworzył parking. Nareszcie - myślałam sobie - i nie mogłam napatrzeć na starszą panią na leżaku obok, która czytała książkę. I na tę rodzinę na kocu, podjadającą owoce z koszyka.

Gdańsku, bądź fajny wreszcie, daj się lubić, stary zgredzie. Wpuść trochę powietrza w swe zatęchłe mury, pozwól ludziom żyć, daj im trochę miejsca, a zrobią z nim cuda.

P.S: Teoretycznie jechałam też na śniadanie serwowane przez trójmiejskie blogerki kulinarne, ale o 11:30, pół godziny po otwarciu, niestety nie było już po nim śladu. Rozczarowana, musiałam smigać do sieciówki, by dać dziecku ubiecanego muffina i sok. Trochę szkoda, nastawiałam się na coś innego, liczyłam, że to będzie taki śniadaniowy targ z prawdziwego zdarzenia, ze straganami, z których wynikałoby, kto zacz. A tak, ani jedzenia, ani blogerek nie dało się zlokalizować w tym tłumie. Taka sytuacja.