Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dzieci. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dzieci. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 4 lutego 2014

robię ludzi

Pięć lat temu mniej więcej o tej porze odkryłam, że jestem w ciąży. Dziwne jest to uczucie, kiedy w zasadzie nic się w moim ciele nie zmieniło, ale sama świadomość, że wyrośnie mi w brzuchu człowiek, wywróciła wszystko. Pominę fizjologiczne szczegóły, wszyscy mniej więcej wiemy, o co chodzi, że człowiek bywa śpiący, spuchnięty, gruby, że biust rośnie o trzy rozmiary tygodniowo i różne inne brzydkie psikusy ciało robi. Ja Wam dziś chciałam opowiedzieć historię ogromnej ciekawości, bo emocjonalnie to dominowało u mnie przez całą ciążę. Jak na niecierpliwca przystało, największy problem miałam z tym, żeby wytrzymać te dziewięć miesięcy, tak bardzo chciałam ją poznać. Dobrze, że do słonicy miałam podobne tylko wymiary, bo te chodzą w ciąży prawie dwa lata, zwariowałabym. Bardziej podoba mi się, jak to rozwiązały gryzonie, bo miesiąc to jest optymalnie, to jest mniej więcej tyle, ile ja mogę wytrzymać.

Nie należałam niestety to ciężarnych szczupłych, którym tylko piłka wyrasta z przodu, ani do natchnionych, które wciąż głaszczą się po brzuszku z błogim uśmiechem. Hormony szalały, ja puchłam, tyłam, ryczałam i czekałam, straszne było to czekanie. Masz w środku człowieka, on daje znać o swoim istnieniu non stop praktycznie, bo rozpycha się, przesuwając żołądek do gardła, kopie w pęcherz, wierci się tam, a ja go nie znam. Dziecko będę miała za chwilę i nie wiem, jakie ono jest, jak wygląda?! Przez niemal siedem miesięcy nie mogłam nawet myśleć o niej po imieniu, nawet płci nie znałam i katusze to były straszne. Czułam się trochę tak, jak wtedy, gdy jako dziecko dowiedziałam się od mamy, że zanim się pojawiłam, nie znali mnie z tatą. Poczułam się okropnie, dotarło do mnie, że mnie kiedyś nie było i oni nawet nie wiedzieli, że będę.

Patrzę na nią teraz, taką piękną i zadziorną, upartą, rozgadaną i śmieszną i czuję się tak samo, jak wtedy. To niemożliwe, że jej nie było. Jak mogłam jej kiedyś nie znać? Ja może jestem jakaś ograniczona, ale wierzcie mi, moje zdziwienie nie minęło po pierwszym tygodniu jej pobytu na świecie. Ja się dziwię codziennie prawie - zrobiliśmy człowieka, jak to jest w ogóle możliwe? Patrzę się w te ciemne oczka prawie jakbym patrzyła w lustro i nie opuszcza mnie zachwyt. Nie, żeby tak zachwycał mnie widok w lustrze czy żeby macierzyństwo było tylko zachwycające, ja generalnie należę do nurtu bez lukru. Ale nie chce mi się dziś pisać o tym, jak z bezsilności miałam ochotę wyskoczyć przez balkon, albo jak ze złości chciałam ją rozszarpać na kawałki. Bo tak, zdarzało się, że miałam ochotę wyskoczyć albo rozszarpać. Ja mówię tu o zachwycie nad życiem, tak, o tym patosie stworzenia właśnie.

Matki mają te przewagę nad nieródkami, że jak im inne rzeczy w życiu nie wyjdą, mogą se zawsze powiedzieć "jestem zajebista, robię ludzi". Generalnie planuję, że jeszcze mi w życiu różne rzeczy powychodzą, a tymczasem to małe cudo ratuje mnie swoimi minami, naszym durnym rechotem, najdelikatniejszym dotykiem małej rączki, ciepłem nocnego oddechu, idiotyzmem rymowanek i mądrością najprostszych pytań. To niemożliwe, że jej nie było.

Jestem zajebista, robię ludzi.








niedziela, 17 listopada 2013

chlebek bananowy (i trudne sprawy)

"Maamoooo" - mówi Zośka - "A czasami może się zdarzyć, że ktoś może umrzeć. Jak jest bardzo stary, jak dziadek Gienio. Dziadek Gienio może umrzeć, i babcia Miecia też, bo oni są bardzo starzy. A jak umrą, to już nie będą mogli wcale nic gadać."

I tak prawie codziennie ostatnio, na tapecie mamy aktualnie: śmierć, dzidzię, kupę i dupę.  Serio, młoda układa wciąż rymowanki o swoim tyłku lub stolcu, zarykując się przy tym tak, że spada z krzeseł i krztusi się obiadem. No boki zrywać po prostu. Kiedy akurat nie o wydalaniu, to o umieraniu. Kto umrze pierwszy, albo że jak już umrę, to sobie przekłuje uszy. Pytania o wędrówkę do nieba trochę mnie krępują, niewiele wiem o transcendencji. Jej fascynacja życiem oczywiście musiała dotknąć akurat najtrudniejszych od wieków zagadnień, odpowiadam więc niepewnie na pytania o narodzinach, o dzidzi, o starości, śmierci i niebie. Kupę i dupę ignoruję, czekam aż jej przejdzie. 

Albo uciekam już od niej, przytłoczona ciężarem gatunkowym filozoficznych rozważań czterolatki. I po jednej takie wyjątkowo zabawnej pieśni o kupie uciekłam wczoraj do kuchni. Rozejrzałam się po szafkach, rozważając, jakie mam opcje i okazało, że niewiele. Ale miałam banany. A jak masz banany, mąkę, cukier, jedno jajko i sodę, to już jest coś, to jest materiał na coś wybitnego. Na wilgotny, aromatyczny bochenek, ciężki, mokry, intensywny i - co tu dużo gadać - cudowny po prostu.  Najbardziej lubię go z nutką cynamonu i gdy chrupią w nim włoskie orzechy. Zero miksowania, zero chlewu i syfu, zero wysiłku, jedna miska, składniki, które zawsze masz w domu. A jak nie masz, to się ogarnij i za tydzień już miej.







Składniki:
  • 3 lub 4 dojrzałe banany, rozgniecione
  • 1/3 szklanki roztopionego masła
  • 3/4 szklanki brązowego cukru
  • 1 roztrzepane jajko
  • 1 łyżeczka ekstraktu z wanilii
  • 1 łyżeczka sody oczyszczonej
  • szczypta soli
  • 1,5 szklanki mąki pszennej
  • łyżeczka cynamonu
  • 150 g orzechów włoskich
  
Przygotowanie: 
Rozdziabać banany widelcem na papkę, wymieszać ją z roztopionym masłem (w wersji kryzysowej od biedy może być też olej). Wmieszać roztrzepane jajko, cukier, wanilię. Na końcu dodać mąkę z sodą, cynamonem i szczyptą soli. Wsypać posiekane orzechy, wymieszać, przelać do keksówki.
Piec przez godzinę  w piekarniku nagrzanym do 180°C.

Zawsze podżeram jeszcze lekko ciepły, ale tak naprawdę najlepiej smakuje na drugi dzień, gdy zrobi się taki ciężki i mokry. Świetna rzecz na słodkie śniadanie.

źródło przepisu: Moje Wypieki

piątek, 15 listopada 2013

hoohoomania

Nie wylansuję tu żadnego nowego trendu, bo motyw sowy robi szał już od ładnych paru lat. Wielu już się pewnie odkochało i te wszechobecne ptaki zdążyły im już zbrzydnąć. Mi nie. Ja trwam w swoim zauroczeniu od czasu, kiedy w Polsce nie można było nic sowiego kupić, nie zraża mnie mnogość paskudnie nieudanych, pstrokatych sówkowych dupereli, które zalały świat. Modne, niemodne - uwielbiam i kolekcjonuję, kupuję, zachwycam się. Wystroiłam Zośce pół pokoju tymi ptaszyskami, zawaliłam całe biurko sówkowatymi ołókami, notesami i szpargałami. W reszcie mieszkania też się walają: sowy ceramiczne, świecznik, świeca, kilka mieszka w mojej torebce: błyszczyki, notesiki, długopisy. Lubię zarówno to wredne, jak i te urocze, sowy dystyngowane i te w stylu boho. Z ptaka - hipstera stały się ptakiem mainstreamowym, nie dbam o to. Love sove, hoo hoo!

...

I will not create a new trend here, being an early adopter is not my ambition. Owls have made a career for a few years now, many have problably fell out of love with them. I haven't. I last in my fascination sice the times they were hard to get and I'm not put off by the multitude of ugly, cheap, patchy owly knick-knacks that flooded the world. Trendy or not - I love and collect them, I buy and rave over them. Half of Zośka's room is filled with those birds, I cluttered her desk with owly notebooks, pens, pencils and stuff. They're around the rest of the flat too: ceramic owls, candle holder, a candle. A few live in my handbag: lip balms, pens, notebooks. I like the mean and the cute ones too,  boho-chic and the distinguished ones. From hipster-birds they turned into mainstream ones, I don't care. I love owls, hoo hoo!
















source: Pinterest

Część naszej sowiej kolekcji:






Sowie cudowności:



1 - Accessorize
2,4 - Natural Products
3 - Paperchase
5 - Seven Soaps
6 - Saas Belle


1 - Madam Stolz
2 - prettyhome.pl
3 - House Doctor
4, 6 - H&M Home
5 - Hubsch


1,4 - Donna Wilson
2 - Saas Belle
3,5,6 - Accessorize


1 - 7 : Accossorize
8 - English Owl Company
9 - Saas Belle

czwartek, 31 października 2013

keep calm and bake on (oraz muffinki-sowy)

Muszę się Wam do czegoś przyznać. Wczoraj zwątpiłam, bardzo zwątpiłam w to, co tu wyprawiam. Ale od początku. Moje dziecko poszło samo na pierwszą w życiu imprezę. Weszliśmy w ten kostiumowo-wizytowy okres, więc poczułam, że muszę stanąć na wysokości zadania. Niby wiem, że pierwsze Haloween to nie takie wielkie halo jak na przykład pierwsza komunia, ale jednak, mój perfekcjonistyczny umysł wypełniły wizualizacje. W głowie miałam te wszystkie wystylizowane babeczki i cake-popsy, ciasteczka i smakołyki w kształcie trupów, czaszek, przystrojone mózgami, pajęczynami, małe mumie i pająki pojawiły się w mojej głowie i chciałam zrobić je wszystkie. Łatwizna, widziałam na Pintereście przecież. Ja nie dam rady? Ja przecież prowadzę bloga semi-kulinarnego, ja się świetnie na tym znam i dekorowanie ciasteczek to dla mnie jak splunąć. Pająki, czaszki i mózgi, ja Was wszystkie wytworzę i wyprodukuję ku powszechnemu zachwytowi wszystkich. 

Im bliżej dnia zero, tym moje plany robią się skromniejsze, tym mniej mam czasu, mocy i fantazji, brakuje mi wyrafinowanych cukierniczych dodatków, deficyt mam też siły i ochoty. W dniu zero mocy, fantazji i siły zostało już tyle, co brudu za paznokciem. I kiedy tak półprzytomna ze zmęczenia o 22-iej wyjęłam z pieca blachę muffinów i zaczęłam żałosne próby wystylizowania ich haloweenowo, wyrażałam się o nich tak, że dobrze, że Zośka już spała. Wulgaryzmy wszelkiej maści wypływały z moich ust, gdy kolejne cholerne ciasteczka łamały się i odpadały, gdy ubabrana czekoladą po łokcie musiałam stwierdzić, że nie umiem mnożyć i za mało ich kupiłam, by stworzyć muffinki-sowy.

Moje próby kreatywnego wybrnięcia z sytuacji skończyły się rozpaczliwie, nie miałam składników na mózgi ani na pająki, zaczęłam więc przyklejać im (muffinkom) oczka. Patrzyło teraz na mnie swoimi cukrowymi oczami kilka babeczek, patrzyły z wyrzutem, postanowiłam więc doprawić im buźki. Dokleiłam żelkowe szczęki. Efekt był kompletnie żałosny, patrzyło teraz na mnie osiem czekoladowych karpii, wyglądały jakby błagały o litość i powrót do wanny. Nie dość, że miały te rozdziawione, gumowe paszcze, to jeszcze oczka miały jakieś takie puste. Zaczęłam więc wypełniać je - na dużą cukrową kuleczkę mała cukrowa kuleczka, taka całkiem malutka. Pędzelek, woda, kuleczki wpadają w czekoladę, topią się i gubią. 

I tu następuje moment kulminacyjny tej opowieści. Poczułam wtedy absurd sytuacji - jest 23-cia, jestem kobietą wykształconą i pracującą i oto ze łzami w oczach nanoszę mokrym pędzelkiem oczy czekoladowym karpiom. Ja przecież przeczytałam Heideggera i Wittgensteina! Ja rozprawki i eseje pisałam na tematy filozoficzne i ważne, dyskutowałam o tekstach feministek, ja klasyczne teorie socjologiczne zdałam na piątkę, i jak skończyłam?! Oczy babeczkom przyklejam, choć padam na ryj.

Ostatecznie wyszło nieźle, te sowy nawet całkiem spoko, gorzej prezentowały się te pseudo-mumie, następcy karpików. To nauczka, że nie da się wszystkiego, idealnie, perfekcyjnie, mimo wszystko, w środku nocy, jak te roboty z pinteresta.






Czekoladowe muffiny:

(ok.20 niskich babeczek)

• 1 i 1/2 szklanki mąki pszennej
• 3/4 szklanki cukru
• 1/4 - 1/3 szklanki kakao
• 1 łyżeczka sody oczyszczonej
• 1/3 łyżeczki soli
• 1/2 szklanki wody
• 1/2 szklanki maślanki lub jogurtu naturalnego
• 1/3 szklanki oliwy lub oleju roślinnego
• 1 łyżka rumu (likieru smakowego lub octu winnego)


  • Mąkę przesiać do miski, dodać cukier, kakao, sodę, sól, wymieszać.
  • Do suchych składników wlać mokre: wodę, maślankę lub jogurt, oliwę lub olej oraz rum (likier lub ocet winny). Delikatnie połączyć składniki mieszając łyżką.
  • Papilotki napełnić masą do połowy wysokości, chcemy uzyskać niskie babeczki, żeby oczy sowom nie spadały.
  • Wstawić do piekarnika i piec przez 25 minut. Po tym czasie patyczek wetknięty w środek powinien być suchy.

źródło: Kwestia Smaku

Do dekoracji:

  • ciasteczka Oreo lub inne ciemne markizy z białym kremem (pod dwa ciastka na babeczkę)
  • M&M's lub inne draże
  • tabliczka czekolady (gorzka lub mleczna, wedle uznania)

Czekoladę rozpuścić w kąpieli wodnej i rozsmarować na ostygniętych babeczkach. Ciasteczka rozłożyć na pół, na każdym ułożyć jedną drażę, leciutko docisnąć. Tak powstałe sowie oczy delikatnie nakleić na babeczkę, na środku zrobić nos z połowy drażetki.

To jeden z łatwiejszych sposobów na robiące wrażenie stylizowane wypieki, olejcie te wszystkie mózgi, mumie i duchy. Poczułam w tej rozpaczy nad "karpiami", że nie muszę być utalentowanym cukiernikiem, bo jestem już przecież: pielęgniarką, sprzątaczką, kochanką, kucharką, dekoratorką, animatorką, psychologiem dziecięcym,  specjalistką od marketingu i piaru, blogerką.

Więc wyluzujcie, moje drogie, nie ma się co porywać z motyką na słońce, nie dajcie się omamić Pinterestowym dziwactwom.


P.S: Musicie wiedzieć coś jeszcze - po cichu czytam Chujową Panią Domu i ryczę ze śmiechu.

sobota, 12 października 2013

mała zaraza i okruchy codzienności

Miał być pełen atrakcji weekend, miały być Bliskie Spotkania z Książką, jesienne fotogeniczne spacery, potem dziecko miało iść na sobotnie nocowanie do dziadków, a starzy na imprezę. Były plany na sobotę, plany na niedzielę, no cudownie się to wszystko zapowiadało. Lecz zdechło, wraz z pierwszym kaszlnięciem przypominającym dźwięki zepsutego silnika. Pierwsze szkliste spojrzenie jej czarnych oczu i bliskie spotkania z książką stały się bardzo dalekie. 

Przedszkola to cholerne siedliska wirusów i bakterii, kilkulatki to żadne niewiniątka - to mała zaraza, która zamienia życia rodzin z dziećmi w wieku 3-5 w pasmo chorób i infekcji. Zapalenia wszystkiego, zapalenia całego ciała, życie rodzin przedszkolaków to żywot gilem płynący. Do tego rotawirusy: pawie i biegunki atakujące od małego pacjenta zero z siłą wodospadu przewody pokarmowe wszystkich w rodzinie po babcie, dziadków, ciocie i kuzynów. Od października do maja nie znasz dnia ani godziny, nigdy nie wiadomo, kiedy nagle trzeba będzie rzucić wszystko w pracy, można jedynie podejrzewać, że w najgorętszym momencie. Nie przewidzisz, kiedy trzeba będzie odwołać wszystkie wyjścia, imprezy i weekendowe kolacje, najpewniej jednak wtedy, kiedy plany będą najciekawsze i będzie zależeć Ci najbardziej.

Już, już miałam nie pisać dziś nic - bo znowu nic takiego nie mam do pokazania, a czasu  na szukanie mieszkaniowych inspiracji w sieci między inhalacjami, budowaniem z klocków, czytaniem książek i zabawianiem pacjentki jakoś mało było. Ale przejrzałam aparat, który od jakiegoś czasu leży ciągle pod ręką i uwiecznia wszystkie te duperele, z których składa się życie. I znowu przypomniałam sobie, że ono jest sumą tych małych chwil, niekoniecznie spektakularnych. I że dużo fajnych i ładnych momentów jest w tym przymusowym gniciu w domu. Że był czas na tosty z masłem orzechowym i bananami oraz te z gruszką i orzechami. Że były piękne zwierzątka z najmilszej puszystej modeliny. Półgodzinne siorbanie płatków z mlekiem i towarzysząca mu poważna rozmowa o śmierci, wieczorne cabernet we dwoje i do niego tartaletki z kozim i z figami. Był najbardziej domowy z domowych obiadów i to miłe uczucie, że przestałam psioczyć na przedszkolaki, na wirusy i bakterie, tylko przyjmuję to wszystko spokojnie i robię zdjęcia tym okruchom codzienności.












wtorek, 8 października 2013

(kids) party hard

Jako matka i jako konsumentka dość wybredna, by nie rzec - upierdliwa, stwierdzam, że jest nisza na rynku. O ile głód ładnych ciuchów i dodatków do wnętrz dla dzieci został już chyba zaspokojony, w sieci są już dziesiątki świetnych adresów, o tyle w temacie przyjęć jakaś posucha. Znaleźć w Gdańsku przyjazne miejsce do zorganizowania urodzin, którego menadżer(ka) nie karze Ci zamawiać za ich pośrednictwem jakichś upiornych tortów i pozwala samodzielnie przystroić salę, graniczy z cudem. Można oczywiście zorganizować urodzinki w sali zabaw z wydzieloną z kawałka toalety jadalnią, w której panuje pogłos jak w studni, a ściany wymalował jakiś pijany amator prymitywizmu, ale ja jakoś nie chciałam. Można też zaprosić dziesięcioro czterolatków wraz z rodzicami (to razem - podpowiem- 30 sztuk) do pięćdziesięciometrowego mieszkania, jak uczyniłam rok temu. Można, ale potem wiele dni wydłubuje się posypki z progów i szczelin, wieloma płynami próbuje się sprać czekoladę z sofy i wiele dni dochodzi się do siebie generalnie. 

I tak oto wytrwała w swych wysiłkach znalezienia miejsca ładnego, które oferuje młodzieży rozrywkę urodzinową na poziomie, natrafiłam dzięki koleżance na Młynek Sztuki. Nie ustawałam też w poszukiwaniach jednego sklepu internetowego z wszystkim, co potrzebuję na imprezę, w kolorach, które wymyśliła solenizantka, a które widzicie poniżej i trafiłam do partybudziki

Wyszło jak widać: bardzo kolorowo, ale moim zdaniem nie upiornie tęczowo i nie jakoś nadmiernie toksycznie. Dzieciary doceniły: żółte musiki, ciasteczka, kolorowe słomki, no i przede wszystkim balony:) 

Planujący kinderbale rodzice, dam Wam dobrą radę: jeśli chcecie, by dzieciaki dobrze się bawiły, a warunkiem koniecznym nie jest, by ich starym oko zbielało, zainwestujcie w balony. Chorągiewki z taśmy washi, 5 warstw tortu i wyszukane palety kolorystyczne mogą przejść nie zauważone. Natomiast bez balonów ani rusz. 

Ach, i jeszcze posypka, potrzebujecie dużo posypki, ale wtedy to już sukces murowany.


















Gadżety urodzinowe ze sklepu partybudziki:

1 - sztućce (pancerne), odporne na dziecięce kły i paszcze
2 - serwetki w kropeczki
3 - kubeczki nieprzemakalne
4 - talerzyki nieplamiące się
5 - słomki nierozpuszczalne
6 - baloniki (3 z zyliarda kolorów na partybudziki)

Na serio pierwszy raz przedmioty teoretycznie jednorazowe okazały się jakieś niezniszczalne i na pewno użyję części jeszcze nie raz, wszystko solidne, nie żadna chińszczyzna, nawet serwetki zaskakują grubością. A wydawałoby się, że te małe bestie wszystko rozszarpią :)