Pokazywanie postów oznaczonych etykietą weekend. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą weekend. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 27 maja 2014

piknikowy dekalog i rabarbarowa lemoniada


Jak już mamy tatę na weekend (czytaj: także samochód), to wiadomo, że nie będziemy siedzieć w domu ani gnić gdzieś na osiedlowym placu zabaw, taki fun mamy na co dzień.

poniedziałek, 30 grudnia 2013

babski weekend (w mieszkaniu moich marzeń)

To jedyne mieszkanie, które znam, które urządziłabym identycznie jak jego właściciele, gdyby było moje. Jedyne, w którym nie przestawiam w myślach sprzętów, nie zmieniam kolorów, nie wyobrażam sobie burzenia ścian czy innych mebli. Jedyne, w którym siadam na kanapie i kontempluję, a moje poczucie estetyki jest w raju. I tylko jedno, w którym byłam i zieleniałam z zazdrości, chciałabym się tam wprowadzić, mieć wszystkie te meble, lampy i tapety.














Nie, nie byłam w Szwecji, w Norwegii też nie. Byłam na babskim weekendzie u Oli, mojej przyjaciółki, która od kilku lat mieszka w Warszawie, a w tym roku urządziła się z rodziną na wymarzonych, nowych 90 z ogródkiem. Nie pojechałam tam jednak, by zrobić kilka zdjęć jej pięknego mieszkania, bynajmniej. Plan był cokolwiek inny: chata wolna, my trzy i nagadać się o mężach, dzieciach, pracach, rodzicach i teściach, dietach, ćwiczeniach, wakacjach, planach, marzeniach i ciuchach (kolejność przypadkowa). Napić, nachichrać, najeść po knajpach, pobyć razem, odsapnąć od codzienności, od mężów i dzieci. Zrealizowałyśmy go w 100%. I jakkolwiek na co dzień żałuję, że ona jest tak daleko, to nie ma tego złego - nie byłoby takich wypadów, nasiadówek z nocowaniem, takiego knajpowania (i napadów na mojego ukochanego Tigera, w którym niestety znów obkupiłam się w siatę wszystkiego, co niepotrzebne).

Dziś mam lekkie efekty uboczne w postaci lżejszego portfela i tego przykrego wrażenia, że moje mieszkanie to ciasna klitka, w dodatku stara i odrapana. Bogatsza jestem jednak o miłe dwa dni, kilkadziesiąt godzin plotek, anegdot, dyskusji i zwierzeń oraz kolekcję idiotycznych zdjęć (których pstrykanie bolało po prostu, tak trząsł mi się brzuch ze śmiechu). Bilans zatem wypada dodatni. 

Dzięki, dziewczyny  







piątek, 13 grudnia 2013

styl kompulsywno-unikowy (i biszkoptowe pankejki)

Mój styl radzenia sobie z problemami nazwałabym kompulsywno-unikowym. To jest styl toksyczny, najgorszy. Czytają mnie inteligentni ludzie, więc co ja tu będę tłumaczyć. Zwłaszcza, że większość z Was to pewnie hedoniści lub bardziej dobitnie: żarłoki, zakupoholicy, ochlapusy i prokrastynatorzy, więc znacie to z autopsji. Wiem to o sobie od dawna, ale dopiero teraz zdałam sobie sprawę, jaki to ma związek z pankejkami. Ba ma, serio, już tłumaczę. Zastanawiałam się bowiem od weekendu, jak wyjaśnić Wam obecność kolejnego gatunku pankejków na blogu. Żeby nie było, że jestem nudna, monotematyczna, że znów te placki i w ogóle to laska chyba niewiele więcej ugotować potrafi. Że blog powinien się nazywać The Pancake Project a nie jakaś tam Polka, w dodatku Dot.

Sobotnie i niedzielne poranki, dla większość normalnych ludzi to czas błogi i bezstresowy. Nie dla nas, zadaniowców, perfekcjonistów, którzy żyją z listą rzeczy do zrobienia w tyle głowy dłuższą niż rolka srajtaśmy. Dla nas sobota i niedziela rano to czas, w którym tak bardzo chcemy wpisać się w dominujący styl zrelaksowanego spędzania weekendowych poranków, że aż łapiemy stresa. Oprócz odpoczynku wymyślam sobie na weekend tyle zadań, że na odpoczynek zazwyczaj nie zostaje już czasu. Stąd te pankejki. Po pierwsze: kompulsja, zajadam poranny stres. Po drugie: prokrastynacja, wydłużam sobie czas przed zaczęciem dnia, przed obowiązkami, które sama sobie wymyślam. Można by oczywiście łyknąć szybko bułę i rzucić się do sprzątania, ale ja prokrastynuję, przeciągam czyli. Na wypadek, gdybyście mieli podobne problemy, zostawiam przepis (jak macie dużo problemów, zróbcie podwójną porcję i usmażcie dużo, bo generalnie szybko to idzie).





Białka należy ubić na sztywną pianę, w osobnej misce zmiksować pozostałe składniki, wmieszać delikatnie pianę. Do moich dodałam łyżeczkę ekstraktu z wanilii, wyszło im to korzyść. Rozgrzać patelnię, posmarować kroplą oleju przy użyciu ręcznika papierowego. Kłaść łyżką i smażyć z obu stron za złoto. Podawać z ulubionymi słodkimi dodatkami: cukrem pudrem, konfiturą, kremami i smarowidłami wszelkiej maści. Z jednej porcji wychodzi jakieś 15 pulchniutkich, sytych sztuk.

poniedziałek, 11 listopada 2013

bliskie spotkania i comiesięczna porcja nowości, czyli weekend idealny

Mój weekend zaczął się doskonale - mieszkaniowy szoping, a potem babskie wino. Odwiedziny u kogoś bliskiego, z kim od lat widuję się za rzadko, zaczęły trzydniową serię gości i gościn, robienia rzeczy, które robię dla siebie i innych za rzadko.  Jak zwykle pod koniec weekendu, kiedy zrobiłam za mało, kiedy to wiele rzeczy zaniedbałam, mam napad lekkiej paniki i wyrzuty sumienia. Ale potem przypominam sobie, jak długo planowałam zaprosić tych troje i jak bardzo lubię obiady u teściów. Jak fajnie było wypić trzy herbaty i zjeść dużo TYCH ciastek (no musiałam po prostu upiec je znowu!) przy dźwiękach pisków naszych wreszcie bawiących się razem pysznie dzieciaków. Jak dobrze smakują pieczenie teściowej jedzone w moim trzecim domu. Jak miło było się lekko ululać na okrągłych urodzinach młodszego, plotkować z kuzynostwem i ciotkami. Lekki napad paniki ustąpił, gdy przypomniałam sobie, że zawsze żałuję, że tak rzadko siedzimy tak na luzie u brata, że w zasadzie nigdy nie zrobiliśmy spontanicznie czegoś takiego jak dziś: pizza na telefon i gra planszowa. Olewam to, co niezrobione, naładowałam się energią i ogrzałam ciepłem bliskich ludzi. Zrobiłam zatem więcej niż sądziłam, zaniedbałam mniej niż mi się wydawało, bo tylko jakieś głupie obowiązki.

Nie mam z tych spotkań żadnej dokumentacji, za miłe były, by je psuć foceniem. Obstrykałam jednak, drodzy czytelnicy, na Waszą prośbę, kochani fejsbukowicze, moje zakupowe łupy. Nie ma tegoś jakoś bardzo dużo, toczyłam w tych sklepach wewnętrzną walkę i ostatecznie w kilku sytuacjach wygrałam - koszyczki i puszeczki odłożyłam na półkę.

Tak jak planowałam, tak też uczyniłam - zrobiłam nalot na gdyński H&M Home. Wróciłam stamtąd z kilkoma upatrzonymi już wcześniej drobiazgami, które natychmiast znalazły swoje miejsce w domu i już po paru godzinach rozgościły się jak u siebie. Ogromną radochę sprawiła mi Zara Home i te gałki - kupiłam dwa komplety pastelowych ceramicznych cudeniek za grosze istne, za mniej niż cenę jednej w internetowych sklepach. Te liliowe poszły na kredens do pokoju, drugi zestaw - błękitny, upiększył szafkę w łazience.

Comiesięczna porcja nowości zaliczona.










wtorek, 5 listopada 2013

glamour-style morning

Słodkie, słone. Nie wiesz pewnie o sobie, że to uwielbiasz, jeśli nie próbowałeś jeszcze solonego karmelu. To zjawisko niedoceniane, celowo nie piszę "smak", bo dla mnie to zjawisko właśnie. Nie ma w sobie nic z wulgarności frytek maczanych w lodach w McDonaldzie, to bardziej jak skóra pięknej mulatki po kąpieli w oceanie. Nie próbowałam w zasadzie, ale tak musi smakować skóra pięknej mulatki po kąpieli w oceanie: waniliowa, słoneczna słodycz miesza się z morską solą i to jest taka kombinacja, że już nigdy nie zjesz krówek bez użycia solniczki. O solonym karmelowym sosie napiszę pewnie jeszcze nie raz, bo zasługuje na to, można nim polewać kremowe serniki, intensywne, ciemne brownies, popcorn i wiele innych pysznych rzeczy. Ostatnio polałam nim pankejki i to był strzał w dziesiątkę. Zastanawiasz się, co na śniadanie, myślisz: "dziś na słodko czy na słono?", robisz puszyste placuszki z solonym karmelem i masz dwa w jednym. Maślana delikatność ze słonawym akcentem, no meeega to jest i tyle.

...

Sweet, salty. You probably don't know it about yourself that you love it unless you tried salted caramel. It's an underestimated phenomenon, I deliberately don't call it a flavour, cause it's a phenomenon. It has nothing to do with the vulgar flavour of french fries dipped in the ice-cream at McDonald's, this is more like a skin of a gorgeous mulatto after a swim in the ocean. Not that I ever tasted it, but this is exactly how a gorgeous mulatto's skin has to taste like (after a swim in the ocean): vanilla, sunny sweetness mixed with the sea salt. This is such a combination that you will never eat a fudge without salt any more. I will surely write about salted caramel more than once, cause it deserves it. You can pour it over creamy cheesecakes, intensive brownies, popcorn and many other yummy things. Recently I poured it over some golden pancakes and it was like a bingo. You wonder what to eat for breakfast, you're like "today shall we go sweet or savory?", you make fluffy pancakes with salted caramel sauce and there you go: two in one. Buttery delicateness with a salty accent, it's just amaaaazing, that's what it is.







Solony sos karmelowy

Składniki

• 4 łyżki białego cukru
• 1/4 szklanki wody
• 8 łyżek śmietany 30% lub 36%
• 2 łyżki masła
• około 1/3 łyżeczki soli morskiej gruboziarnistej, zmielonej w młynku


Przygotowanie:

Do rondelka wsypać cukier, podgrzewać go na średnim ogniu, nie mieszać! Gdy cukier się rozpuści i zbrązowieje, wlać wodę (odsuń się, bo zarobisz w oko gorącym cukrem) i energicznie wymieszać aż cukier się rozpuści. Gotować przez chwilę, następnie wlać śmietankę. Gotować przez około 5 minut , następnie dodać masło oraz sól. Wymieszać, zdjąć z ognia.

Tym złocistym cudem polewać złociste pankejki wykonane z tego przepisu (pomijasz gruszki i orzechy). Nie martw się, to nie za dużo złota na raz, to się nazywa poranek w stylu glamour.


...

Salted caramel sauce

Ingredients

  • 4 spoons of white sugar
  • 1/4 glass of water
  • 8 spoons of whipping cream (30% or 36%)
  • 2 spoons of butter
  • about 1/3 teaspoon of sea salt, ground

 Preparation:

Put the sugar in a small pot, warm it on a medium heat until it turns golden, do not stir! Once the sugar dissolves and turns brown, pour the water (be careful, it sputters!) and stir briskly until the sugar fully dissolves in water. Boil for a moment, add cream. Boil for about 5 minutes, add butter and salt, stir and take off the heat.

Pour this golden marvel over golden pancakes made of this recipe (exclude pears and walnuts). Don't worry, this is not too much gold at the same time, this is called glamour-style morning.

poniedziałek, 4 listopada 2013

thank God for Sundays and husbands

Lubię dni, kiedy nic nie muszę. Rzadko udaje mi się uwolnić od tego wewnętrzego głosu, który każe w kółko coś robić. Zazwyczaj lubię być w ruchu, gdy coś się dzieje, a jak się nie dzieje, sprawiam, by zaczęło. Wczoraj celebrowałam "nic nie muszenie", snułam się po domu, prawie milcząca, dostałam śniadanie, dostałam obiad, Zosia malowała, układała, budowała rakietę nie ze mną. Ja układałam gipsówkę w dzbanku, odcinałam gałązka po gałązce, zamyślona i nieobecna. Wyjęłam z kosza lampki, rozwiesiłam w kuchni, zrobiło się ciepło i jasno. Nie, że Święta czy coś, zawsze jak robi się szaro i ciemno na świecie, wyciągam lampki. Chowam dopiero po letniej zmianie czasu, jak skumam, że od miesiąca ich nie włączałam, bo jest już jasno. Kawa, herbata, kolejna kawa, kolejna herbata, gazety, internety, później powrót do rzeczywistości i planowanie tygodnia, bo od jutra znowu będę musieć. Dobrze jest mieć kogoś, kto czasem przejmie pałeczkę i pozwala odetchnąć, dla higieny psychicznej za długo przycinać gipsówkę. Fajnie jest nie musieć odpowiadać na za dużo za trudnych pytań, nie gotować, gdy mi się nie chce. 

Jak dobrze, że są niedziele, jak dobrze, że są mężowie.

...


I like days when I don't have to do stuff. I rarely manage to free from the inner voice that tells me to do things all the time. I usually like to be active, when there's a lot going on, and when there's not, I make things happen. Yesterday I celebrated not having to do stuff, I mooned around the house, almost silent, I was served breakfast and dinner, Zosia was painting, playing and biulding a rocket not with me. I arranged gypsophylia in a jug, cutting spray after spray, absent and pensive. I took out the lights and put them up in the kitchen, it became warmer and brighter. Not that it's Christmas time already or anything, when it becomes grey and dark, I always take out the lamps. I put them back only after the summer time change, once I realize it's bright again. Coffee, tea, another coffee, another tea, newspapers, internet, later a comeback to reality and planning a week, starting from tomorrow I will have to do stuff back again. It's good to have someone who fills in for you once in a while and lets you catch your breath, who lets you cut gypsophilia sprays for a too long just to regain mental hygiene. It's good not have to answer too many too difficult questions, not having to cook when I don't feel like.

Thank God for Sundays and husbands.








sobota, 2 listopada 2013

a breakfast for post-alcohol sadness

Są takie poranki, kiedy życie jest wyjątkowo ciężkie. Niektórzy piją wtedy wodę z kiszonych ogórków, inni sok pomidorowy. Są tacy, co ratują się lekami. Większość lubi wtedy dobrze zjeść, i słusznie. Pożywne śniadanie to podstawa funkcjonowania w kacowy dzień. Dietetycy pewnie mogliby wytłumaczyć, dlaczego stan zdrowia po nadużyciu poprawiają jajka, ja tej wiedzy nie mam, ja tylko czuję, czego domaga się moje ciało: jaja, ser i masło. Coś słonego i wyrazistego, jeśli do tego pojawi się jeszcze akcent zieleni, od razu czuję się jakoś zdrowiej. Do tego razowy tościk, mocna kawa i można powstać z martwych. 

Poniższy przepis można równie dobrze zastosować w zwyczajny, nie zburzony poalkoholowym smutkiem poranek. Można dodać dowolne składniki, wszystko, co dobrze idzie z jajami: cebulka, pieczarki, kurki, pomidory, sery wszelakie, szczypiorek itepe. To w zasadzie to samo, co pieczona jajecznica czy mini-omlecik, ale o ile ładniejsze.

...

There are those mornings, when life is extremely hard. Some drink the sour water from the pickles' jar, others - tomato juice. Some people resort to medicines. Most however, like to eat well, and they're right. Nutricious breakfast is a foundation of functioning on a hangover day. Dieticians sure could explain, why eggs improve well-being after alcohol overdose, I don't have this knowledge, I just feel my body needs eggs, cheese and butter. Something salty and intensive, if it has a green accent, I already feel healthier. A dark toast, a cup of strong coffee and you may raise from the dead.

The following recipe can be as well used on a regular morning, not destroyed with a post-alcohol sadness. You can add any ingredient that goes well with eggs: onion, mushrooms, tomatoes, cheeses of all kinds, chives, etc. This is pretty much like a baked scrumbled eggs or a mini-omelette, bo so much prettier.










Śniadaniowe muffinki jajeczne

(6 sztuk)

  • 6 jajek
  • kilka plastrów szynki
  • kilka plastrów sera
  • garść liści szpinaku
  • sól, pieprz
  • masło

Jajka rozkłócić, dodać sól i pieprz, potarty i pokrojony drobno ser. Foremkę na muffiny wysmarować masłem, w każde zagłębienie wrzucić szynkę i listki szpinaku, zalać jajkami, na wierzch położyć cienki płatek masła. Piec ok. 10 minut w rozgrzanym piekarniku aż urosną i jajka zetną się całkowicie (można nakłuć patyczkiem lub widelcem, żeby sprawdzić, czy nie wypływa spod spodu surowe jajo).

Można wrócić pod kołdrę i uciąć sobie regenerującą drzemkę, ale nie trzeba - krzepi wystarczająco, by wrócić do żywych.

...

Breakfast egg muffins

(makes six)

  • 6 eggs
  • few slices of ham
  • few slices of cheese
  • handful of spinach leaves
  • salt, pepper
  • butter

Beat the eggs, add salt, pepper, grated or chopped cheese. Butter the muffin form, in each hole put the ham, spinach leaves and pour the eggs in, put a thin slice of butter on top. Bake for about 10 minutes in a hot oven until it grows and eggs coagulate completely (you may prick it with a fork and check whether the raw egg drains out from the bottom).

You may go back to bed now and take a regenerating nap, but there's no such need any more - it will strengthen you enough to come back to the alive.