Pokazywanie postów oznaczonych etykietą my photography. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą my photography. Pokaż wszystkie posty

sobota, 16 listopada 2013

przedświąteczny falstart?

Wieje dziś tak, że nikt mnie na dwór nie wygoni. Świat ma szary kolor, siedzę w przy kuchennym stole, obserwuję łyse czubki drzew. Kawa z piernikowym syropem i urokliwe światło lampek dodają mi otuchy, odgradzają mnie od tej szarości i wichury świetlistą, ciepłą, kojącą barierą. Przy moim kuchennym stole jest bezpiecznie i jasno, pachnąca korzeniami zawartość filiżanki rozgrzewa i tuli mnie od środka. Czy właśnie stałam się jak te znienawidzone supermarkety z "Last Christmas" z głośników dzień po Zaduszkach? Czy popełniłam właśnie taki przedświąteczny falstart?

Zasadniczo jestem przeciwna dekorowaniu witryn sklepowych Mikołajami natychmiast po usunięciu z nich Halloweenowych dyń. Nie popieram rozpoczęcia sprzedaży bombek  3-go listopada, a także nie jestem fanką słuchania "christmasów" w hipermarketach natychmiast po tym, jak z drzew opadną liście. Zgadzam się z wszystkimi, którzy ubolewają nad komercjalizacją Świąt i straszą, że niedługo choinki w galeriach handlowych staną już we wrześniu. Nie popieram i jestem przeciwna. Co jednak począć z tym nieszczęsnym listopadem, gdy jest się tak bardzo niecierpliwym oraz absolutnie niepoprawnie i romantycznie uwielbia się Święta? Co ustawić na komodzie, gdy zgniją wszystkie malowane dynie?

Uważam, że ta motywacja szczera i głęboka jest usprawiedliwieniem dla wprowadzenia lekko pachnących już Świętami dekoracji. W przeciwieństwie do motywacji handlowej rzecz jasna. Robię sobie klimat przedświąteczny, z naciskiem na PRZED. Oznacza to, że nie mam jeszcze choinki, wieńców z igliwia, nie wieszam bombek, ani dmuchanego Mikołaja na balkonie. Ja sobie tylko zawiesiłam trochę lampek i kilka leśnych stworów, przyniosłam naręcze szyszek - są tak nieoczywiście przedświąteczne. Znalazłam sobie ten dekoracyjny leitmotiv na przetrwanie. Jezu, jak mi dobrze w tym moim świetlistym lesie.

Pławiąc się w tej domowości pozdrawiam Was serdecznie,
Ciepłe kluchy.
♥












Leśne zawieszki od House Doctor i piernikowy syrop Nicolasa Vahe kupiłam w sklepie 

poniedziałek, 4 listopada 2013

thank God for Sundays and husbands

Lubię dni, kiedy nic nie muszę. Rzadko udaje mi się uwolnić od tego wewnętrzego głosu, który każe w kółko coś robić. Zazwyczaj lubię być w ruchu, gdy coś się dzieje, a jak się nie dzieje, sprawiam, by zaczęło. Wczoraj celebrowałam "nic nie muszenie", snułam się po domu, prawie milcząca, dostałam śniadanie, dostałam obiad, Zosia malowała, układała, budowała rakietę nie ze mną. Ja układałam gipsówkę w dzbanku, odcinałam gałązka po gałązce, zamyślona i nieobecna. Wyjęłam z kosza lampki, rozwiesiłam w kuchni, zrobiło się ciepło i jasno. Nie, że Święta czy coś, zawsze jak robi się szaro i ciemno na świecie, wyciągam lampki. Chowam dopiero po letniej zmianie czasu, jak skumam, że od miesiąca ich nie włączałam, bo jest już jasno. Kawa, herbata, kolejna kawa, kolejna herbata, gazety, internety, później powrót do rzeczywistości i planowanie tygodnia, bo od jutra znowu będę musieć. Dobrze jest mieć kogoś, kto czasem przejmie pałeczkę i pozwala odetchnąć, dla higieny psychicznej za długo przycinać gipsówkę. Fajnie jest nie musieć odpowiadać na za dużo za trudnych pytań, nie gotować, gdy mi się nie chce. 

Jak dobrze, że są niedziele, jak dobrze, że są mężowie.

...


I like days when I don't have to do stuff. I rarely manage to free from the inner voice that tells me to do things all the time. I usually like to be active, when there's a lot going on, and when there's not, I make things happen. Yesterday I celebrated not having to do stuff, I mooned around the house, almost silent, I was served breakfast and dinner, Zosia was painting, playing and biulding a rocket not with me. I arranged gypsophylia in a jug, cutting spray after spray, absent and pensive. I took out the lights and put them up in the kitchen, it became warmer and brighter. Not that it's Christmas time already or anything, when it becomes grey and dark, I always take out the lamps. I put them back only after the summer time change, once I realize it's bright again. Coffee, tea, another coffee, another tea, newspapers, internet, later a comeback to reality and planning a week, starting from tomorrow I will have to do stuff back again. It's good to have someone who fills in for you once in a while and lets you catch your breath, who lets you cut gypsophilia sprays for a too long just to regain mental hygiene. It's good not have to answer too many too difficult questions, not having to cook when I don't feel like.

Thank God for Sundays and husbands.








niedziela, 3 listopada 2013

cytrynowy eksperyment (udany)

Rzadko jemy mięso w domu, nie jesteśmy zbyt mięsożerni, a ja zwyczajnie nie mam ręki do mięcha. Pieczenie, gulasze i zrazy - nie moja bajka. Łapczywość, z jaką mój mąż rzuca się na obiady u naszych mam, tempo, w jakim pochłania żeberka, kurczaki, karkówki z ziemniarami sugerowałoby, że ma tego na co dzień pewien deficyt. Mi też się zdarza zatęsknić za kojącym smakiem mięsa z sosem i kaszą. Nie byłabym jednak sobą, gdybym czegoś nie udziwniła. Że cytryna fajnie wzbogaca smak drobiu - wiadomo, nie stosowałam jej jednak wcześniej do mięs, które mają być podane z sosem. Eksperyment zaliczam do udanych, cytrusowa nutka pieczonego z tymiankiem i czosnkiem indyka wyszła mu dobre, smak spieczonych cytryn ciekawie odświeżył smak sosu. To samo z pęczakiem, ugotowałam go z łyżką masła, gdy już wypił całą wodę, wcisnęłam ząbek czosnku, wycisnęłam sok z połowy cytryny, wsypałam mnóstwo pietruchy. Dobre było.








Pieczona pierś indycza

  • pierś z indyka
  • 2 cytryny
  • gałązki świeżego tymianku
  • 3 ząbki czosnku
  • oliwa z oliwek
  • sól, pieprz

Mięso umyć, natrzeć oliwą, solą i pieprzem, skropić sokiem z jednej cytryny, drugą pokroić w plastry i obłożyć  nimi mięso. Czosnek pokroić w plasterki i powtykać w mięsne zakamarki, dodać gałązki tymianku i świeżo zmielony pieprz. Piec w brytfance około 45 minut w piekarniku nagrzanym do 200 °C. 

Po upieczeniu wyjąć pierś z naczynia, mięsno-ziołowe osady z dna zalać wodą i przelać do rondelka. Dosolić, dopieprzyć, zagotować, przelać kilka łyżek do szklanki, zaciągnąć łyżką mąki, dokładnie wymieszać i przelać do sosu, cały czas mieszać, by nie zrobiły się grudy. 

Podawać z doprawionym cytryną, czosnkiem i pietruszką pęczakiem, pycha!

środa, 30 października 2013

cherries on a cake

To drobiazg, który wiele zmienia. Kolorowe wisienki na torcie. Ceramiczne gałki. Reaguję na nie jak dziecko na cukierki - zachwycam się i chciałabym mieć je wszystkie. Co jakiś czas dokupuję po kilka i odmieniam kolejny mebel, moje komody, kredensy u szafki patrzą na mnie tymi kolorowymi, stylowymi oczkami. Ostatnio padło na szafę w przedpokoju, przy okazji kuchennych zakupów w Pretty Home, kupiłam te trzy błękitne gałeczki. Duża, biała powierzchnia szafy została przełamana niebieskimi cukierkami. Pasteloza forever!

...

It's a little knick-knack, which can change a lot. Colourful cherries on a cake. Ceramic knobs. I react like kids on candies - I rave over them, wanting to have them all. Once in a while I buy a few and make over another furniture, my dressers, cupboards and cabinets look at me with those colourful, stylish eyes. Recently it was a wardrobe in a hallway, I bought three baby blue knobs when kitchen stuff shopping at Pretty Home. This large, white canvas of the closet is now broken with those little blue candies. Pastels forever!








1 - Hubsch
2,4 - Bloomingville
3 - nie znam marki, wypatrzone na kidstown.pl
5 - Lene Bjerre Design


1 - Bloomingville
2,5,7 - kidstown.pl
3 - Nordal
4 - Hubsch
6 - Madam Stolz

wtorek, 29 października 2013

Martha Stewart, beware, I'm coming!

W nocy wiatr zabrał z drzew pod moim domem resztki liści. Jak dobrze, że pomalowałam te dynie, bo teraz to już by naprawdę do niczego nie pasowały, ani w mieszkaniu, ani nawet do kolorów za oknem. Pisałam już o mojej potrzebie jesiennych dekoracji w niejesiennych kolorach i o moich planach związanych z dyniami. Powiem krótko: zrobiłam to i wyszło super. Mój jesienny ołtarzyk dyniowo-badylowy nie przestaje mnie zachwycać i mam nadzieję, że zostanie tak aż do czasu, gdy wymienię dekoracje na świąteczną.

...

This night the wind took away the rest of the leaves outside our house. Thank God I painted those pumpkins, otherwise they wouldn't match anything, not only inside, but even the colours outside the window. I already told you about my need for fall decorations in non-autumny colours and about my plans involving pumpkins. I will make it short: I made it and it came out great. My fall altar with pumpkins and dry sticks keeps delighting me and I hope it will stay like this until I change it for Christmas decorations.










Do malowania dużej dyni i badyli użyłam czarnej farby w sprayu i ona dała znacznie ładniejszy efekt niż emalia do drewna, którą potraktowałyśmy z Zośką mniejsze dynie. Polecam zatem kupić kilka kolorów farby w sprayu zamiast bawić się pędzelkiem, czekać aż wyschnie i nakładać kolejne warstwy. To dużo prostsze i szybsze.

Może Ci się zdawać, że to za dużo zachodu, że Ci się nie chce. Na mnie to jednak podziałało fantastycznie, miałam świetny, wyciszający weekend prac plastyczno-domowych. Przemogłam lenistwo i teraz mam ładnie. 

Martho Stewart, drżyj, nadchodzi Agnieszka aka Polka Dot!

...

To paint the large pumpkin and the sticks I used black spray paint and it came out a lot better than the small ones, painted with regular enamel. I recommend you to buy a few colours of spray paint instead of the dirty handwork with enamel, waiting until it dries and putting on further layers. It's a lot faster and simpler.

You may think this is too much hassle, you may don't feel like doing this. It worked great for me however, I had a nice, chilling, DIY weekend. I overbore my laziness and now it's pretty. 

Martha Stewart, beware, Agnieszka aka Polka Dot is coming!

niedziela, 27 października 2013

świat się zatrzymał

Za miastem świat się zatrzymał. Życie zamarło. Wszystko zastygło w bezruchu. Świat zasnął, przestał produkować, płodzić, ustał pracowity gwar przyrody, opustoszały gniazda, ucichły wszystkie dźwięki. Jak w zamkniętej fabryce, jak fajrant, przerwa, weekend, co potrwa kilka miesięcy. Plan wykonany: zboże skoszone, plony zerwane, można wyłączyć guzik, odłączyć prąd i udać się na spoczynek. Życie tli się już tylko w niezerwanych jabłkach, ostatnich kwiatkach, które nie zdążyły zwiędnąć, albo którym się coś pomyliło i na nowo zakwitły, w zmulonej krowie, która spędza ostatnie dni na łąkach. Ludzie też włączają inny rytm, który ustalają im pory roku.

Ja naprawdę nie jestem leniwa ani nienormalna, twierdząc, że to wbrew ludzkim predyspozycjom i możliwościom, że życie w mieście toczy się tym samym rytmem przez cały rok. Że trzeba wstawać o tej samej porze w listopadzie i w maju, że pracy jest tyle samo, a może nawet więcej, kiedy człowiek powinien wraz z resztą przyrody oddać się sennej kontemplacji. Ja rozumiem mechanizmy gospodarki, które sprawiają, że takie spowolnienie jest niemożliwe. Spowolnienie to zło, trzeba cisnąć, rozwijać się, wyrabiać normy i wykonywać plany. 

A we mnie wszystko się buntuje, a ja czuję, że nie mogę, chcę zastygnąć w bezruchu, zasnąć, przestać produkować, wyłączyć guzik.