Mamy to! Pokój Zośki gotowy!
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą DIY. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą DIY. Pokaż wszystkie posty
środa, 24 września 2014
poniedziałek, 8 września 2014
czekając na gościa
To zabawne: czuję i zachowuję się tak, jakbyśmy czekali na przyjazd bardzo ważnego gościa. Trochę tak jest, tyle że gość przez długi czas po przyjeździe nie będzie rozróżniał kolorów ani dostrzegał detali.
piątek, 11 kwietnia 2014
komódkowe DIY (i wyniki konkursu też)
Uwielbiam wszelkie pudła, pudełka, puszki, skrzyneczki i szufladki. One pozwalają mi stworzyć pozory porządku - nawrzuca się tam badziewia, zamknie i spokój, nic nie widać.
poniedziałek, 10 lutego 2014
środa, 18 grudnia 2013
fabryka Świętego Mikołaja, odcinek 2: pastylki kąpielowe
Manufaktura prezentów nie wytwarza tylko słodyczy, nie myślcie sobie. Wytwarza się w polkowej fabryce także cukierki do ciała. Jestem chemik młody, jak nic. Domowa wytwórnia kosmetyków zamarzyła mi się już dwa lata temu. Pamiętam, że już w listopadzie nakupowałam olejków migdałowych, zapachowych, maseł różnistych i ingrediencji wszelakich i otworzyłam laboratorium. Pół Trójmiasta potem chyba kąpało się w moich pastylach, bo obdarowałam nimi całe rzesze kobiet. Produkcja pastylek była cokolwiek zabawna, przed oczami stała mi scena z filmu "Poszukiwany, poszukiwana", kiedy to Marysia gotowała makaron. Pamiętacie? Wylało się tych klusek z garnka na pół kuchni, biedna Marysia uruchamiała kolejne garnki, a makaronowe nitki wypełzały z nich na kuchenną podłogę, by na końcu wypełnić sobą całą wannę. Mi wylewała się z foremek kolorowa, wonna piana. Gdy niechcący do mieszaniny sody i kwasku wlałam ciut za dużo płynów, olejków różnistych, masa na pastylki zaczęła się burzyć, syczeć i bulgotać, gasiłam ją rękami, łyżkami, ale nie starczało mi już rąk ani łyżek, przygniatałam deskami, chowałam do lodówki i na balkon, by po chwili dostrzec, że lodówka, balkon i deski całe są w tej pianie - wypełzała z foremek jak jakaś gadzina, jak bluszcz czy inne liany w horrorze klasy b. W końcu zgasły, ale lodówka pachniała lawendą i pomarańczą jeszcze przez tydzień.
W tym roku było znacznie lepiej, syczało tylko odrobinkę. Produkowałam grejpfrutowe, cynamonowe i lawendowe. Nie wykąpie się w nich pół Trójmiasta, a jakieś nieliczne koleżanki, które jeszcze nie próbowały. Przedstawiam Wam kolejny pomysł z cyklu: kilka słoików, parę składników, mieszu, mieszu - są prezenty.
Musujące pastylki do kąpieli
- 200 g sody spożywczej
- 100 g kwasku cytrynowego
- 40 g pełnego mleka w proszku
- 10 g olejku z pestek winogron
- 30 g tłuszczu kokosowego albo innego tłuszczu stałego (masło shea lub kakaowe)
- mała buteleczka olejku eterycznego
- opcjonalnie: odrobina suszu, przyprawy, skórek czy płatków roślinnych (np. cynamon, suszona lawenda)
- Wsypujemy sodę, kwasek i mleko w proszku do naszej miski. Mieszamy dokładnie, rękoma lub łyżką.
- Olejek z pestek winogron wlewamy do jednego kubeczka z tłuszczem stałym. Wszystko razem wstawiamy na moment do mikrofali lub umieszczamy w garnku z gorącą wodą. Czekamy, aż mieszanka uzyska jednolitą płynną konsystencję.
- Powoli wlać tłuszcze do suchych składników, zachowując czujność, bo tłuszcze będą powodowały, że masa zacznie się pienić. Trzeba ją wtedy przyklepać dłonią lub po prostu szybciej mieszać, nie dopuszczając do musowania.
- Gotowa masa powinna mieć konsystencję mokrego piasku, który łatwo daje się formować w dłoniach. Jeśli tak nie jest, możemy lekko zwilżyć dłonie wodą i szybko ugnieść nimi masę, psiknąć delikatną mgiełką ze spryskiwacza do kwiatków lub dodać jeszcze odrobinę oleju z pestek winogron.
- Do gotowej masy dodajemy odrobinę wybranego olejku eterycznego (w moim przypadku lawendowego). Kapiemy po kropelce, dalej uważając, aby nasza substancja nie musowała. Rozcierając ją dłońmi wąchamy, czy uzyskane stężenie zapachu nam odpowiada i ewentualnie dodajemy więcej. Ja dodaję jeszcze barwniki spożywcze, szczyptę takich w proszku, mieszam je ze sobą i rozcieram masę do uzyskania odpowiedniego odcienia (np. niebieski z różowym do kul lawendowych)
- Następnie nakładamy masę do foremek (na muffiny, do lodu albo czekoladek), ugniatając ją dobrze palcami. Upakowaną w foremki masę odstawiamy na co najmniej kilkanaście minut, niektórzy polecają włożyć ją do lodówki. Odwracamy formę, pukamy lub wyciskamy delikatnie z foremki silikonowej i wypadają nam z niej gotowe cukierki kąpielowe. Voila!
fabryka Świętego Mikołaja
Kupnych prezentów dla najbliższej rodziny jeszcze prawie nie mam, nie pamiętam takiej organizacyjnej, przedświątecznej katastrofy jak w tym domu, skandal. Egzaminy, choroby i różne niedoczasy sprawiły, że w tym roku będę jedną z tych, którzy tłoczą się w sklepach, wkurzeni, w pośpiechu, na dwa dni przed Świętami. Postaram się przynajmniej nie być wkurzona, ale to się jeszcze zobaczy. Od popadnięcia w doła i panikę chroni mnie moja kuchenna fabryka Świętego Mikołaja. Manufaktura prezentów handmade. Dziś odcinek pierwszy: domowa czekolada pitna z domowymi marshmallows oraz powstałe z nich zestawy dla przyjaciół.
Przygotowany przez siebie proszek na czekoladowy napój wsypywałam do słoiczków, w zależności od tego, dla kogo jest przeznaczony, są słoiki na dwie, trzy i cztery porcje. Na proszek kładłam posiekaną, mleczną czekoladę (patrz: przepis poniżej), uzupełniałam aż po wierzch domowymi piankami. Przygotowałam etykiety, wydrukowałam na papierze naklejkowym.
Dziś cieszą mnie i sprawiają, że nie czuję, jak bardzo nieprzygotowana jestem w temacie prezentów. Stół pełen słoiczków napawa mnie radością i dumą. Za kilka dni zacznę uprawiać świąteczne rozdawnictwo i wtedy moja radość przejdzie na obdarowanego. Mam nadzieję.
Domowa czekolada na gorąco:
- 200 g mlecznej czekolady
- 400 g pełnotłustego mleka w proszku
- 200 g prawdziwego kakao
- 100 g cukru pudru
- 20 g cukru waniliowego
- laska wanilii
Przygotowanie:
- przez drobne sitko przesiać mleko w proszku, kakao oraz cukier puder, pozostałe grudki rozetrzeć łyżką
- do czekoladowego proszku dodać posiekaną drobno czekoladę i cukier waniliowy, wymieszać.(nie wmieszałam kawałeczków czekolady do proszku, tylko ułożyłam go w moich słoikach na nim)
- ja dodałam jeszcze 2 łyżeczki cynamonu i łyżeczkę imbiru, ale to już opcjonalnie
- przygotowaną czekoladę wystarczy zalać gorącą wodą - mniej więcej cztery łyżeczki na 200 ml.
wtorek, 17 grudnia 2013
chemik młody
Nie pamiętam, kiedy ostatnio odczuwałam taką radość z prac kuchennych. Zrobienie tych pianek jest dziecinnie proste i ta prostota oraz czary-mary, które odbywa się podczas łączenia składników były dla mnie gigantyczną frajdą. Czułam się jak czarodziej albo jak chemik młody. No wspaniałe to było.
Zabijcie mnie, a nie wiem, jak to możliwe, że syrop połączony z szarą, żelatynową mazią zamienia się w białe, puszyste cudo. To musi być magia. Ktoś mógłby się zapytać, po co mi na tydzień przed Świętami taka robota. Byłoby to słuszne pytanie, odpowiedziałabym na nie tak, że szykuję drobne, wytworzone ręcznie paczuszki dla przyjaciół. Oczywiście przyjemnie jest wypić piankowe spady w gorącej czekoladzie, ale to tylko miły efekt uboczny. Tak naprawdę to jestem sknera i jaram się, że za cenę dwóch szklanek cukru i paczki żelatyny mam tonę świątecznych pyszności na prezenty. Zrobiłam też domową czekoladę do picia i wytwarzam aktualnie takie słodkie zestawy dla wybranych szczęśliwców oraz szczęśliwych wybrańców. Czekoladę i zestawy pokażę Wam jutro, dziś zróbcie sobie pianki, podsuszcie przez noc, a jutro robimy paczuszki - co Wy na to?
Marshmallows
- 180 ml wody
- 2 łyżki żelatyny
- 2 szklanki drobnoziarnistego cukru
- 120 ml bardzo zimnej wody
- ekstrakt z wanilii (opcjonalnie)
- barwnik spożywczy (opcjonalnie)
- nalać do miski 120 ml bardzo zimnej wody, wsypać żelatynę, wymieszać, odstawić
- w rondelku zagotować 180 ml wody z dwiema szklankami cukru, syrop powinien mieć jednolitą konsystencję i intensywnie zabulgotać
- od czasu, gdy pojawią się bąbelki, gotować syrop jeszcze 15 minut na małym ogniu, od czasu do czasu mieszając
- w tym czasie żelatyna powinna napęcznieć wodą i zamienić się w papkę - do tej papki wlewamy powoli, cienką strużką gorący syrop
- tu następuje właśnie ten mistyczny moment - masa zrobi się śnieżnobiała i w trakcie ubijania zgęstnieje, zamieniając się w błyszczący puch
- magii trzeba odrobinę dopomóc poprzez długie ubijanie - ten etap potrwa niestety aż 20 minut
- gotową, sztywną już dość masę należy przelać do blaszki lub innej formy, uprzednio wysmarowanej tłuszczem i obficie wysypanej cukrem pudrem, odstawić na noc (polecam czymś przykryć, by zanadto nie wyschła)
- następnego dnia można pianki pokroić lub wykrawać z nich foremkami do ciasteczek różne kształty
- przed schowaniem do puszek i słojów, należy pokrojone pianki podsuszyć na obsypanych cukrem pudrem tacach, by nie posklejały się
niedziela, 8 grudnia 2013
słodko i świątecznie za sprawą słoika
Zośka gapi się na te szklane kule ze śnieżkiem i brokatem jak zaczarowana. Podczas ostatnich zakupów niemal w każdym sklepie z dekoracjami spędzałyśmy po kilka minut na potrząsaniu i obserwowaniu, jak opada śnieg, sama w życiu nie znalazłabym w sobie tyle ciekawości i luzu, żeby się tak w sklepie zatrzymać na chwilę i zachwycać czymś kiczowatym. W środek można wsadzić w zasadzie wszystko (co świąteczne), ja polowałam na figurki sarenek i jelonków, nie udało się, rogatych jak na lekarstwo. Nie znalazłam też żadnych ładnych bałwanków, choinek ani gustownych Mikołajów, te figurki są strasznie kiczowate w większości i nie jest to ten rodzaj kiczu, który można uznać za uroczy. Ostatecznie w naszych słoikach wylądowały anioły, zniekształcone szkłem słoika, uśmiechają się do nas ckliwie ze swoich akwariów. Potrząsamy słoikami i brokaty wirują, śnieżek pada, jest słodko i świątecznie.
Na czysty i suchy spód nakrętki od słoika nakleić klejem epoksydowym lub super glue figurkę, dać jej chwilę, by wyschła i przywarła mocno do powierzchni. Do słoika wlać wodę, użyłam kranówy (choć czytałam gdzieś, że dobrze użyć destylowanej), dodać kilka kropel gliceryny (około pół łyżeczki), wsypać brokat, (opcjonalnie) sztuczny śnieg. Zakręcić mocno, odwrócić słoik, można udekorować nakrętkę taśmą washi, owiązać tasiemką czy sznurkiem, pełna dowolność w temacie.
Potrząsnąć, niech będzie słodko i świątecznie.
czwartek, 5 grudnia 2013
przedświąteczne katusze oraz rzecz o wieńcach
Najpiękniejsze są te proste, naturalne, rustykalne. Zielone gałązki, białe czy czerwone kuleczki, szyszki. Żadne tam plastikowe sztuczydła. Wieniec świąteczny to obowiązkowy element w każdym szanującym się domu. Zasadniczo najlepiej prezentuje się na odrapanych drzwiach od stodoły albo pięknych, czarnych drzwiach wejściowych do dużego domu na przedmieściu. Nie dysponuję żadnym z powyższych, co jednak nie przeszkadza mi planować mojego wieńca do mieszkania w bloku. To taki komunikat, znak-sygnał: "w tym domu obchodzi się Święta" albo "czekamy", znacznie bardziej gustowny niż techno-impreza świetlna na oknie czy mikołaj zewnętrzny dmuchany, żałośnie zwisający z balkonu, targany podmuchami wiatru flakowaty, czerwony truposz. Mój sygnał, że czekamy i że obchodzimy zawieszę se jednak wewnątrz, sąsiedzi mogliby nie docenić kunsztu moich dekoracji na klatce schodowej, mogłyby się źle komponować ze sraczkowatą lamperią tejże. Albo przeciwnie - istnieje ryzyko, że doceniliby za bardzo.
Mniejsza o sąsiadów. Strasznie mi się chce zrobić taki wieniec, nie mam jeszcze materiałów, żadnych badyli, szyszek ani niczego. Nie mam też czasu, najgorzej. Najchętniej zamknęłabym się w domu na najbliższy miesiąc i zamieniła go w manufakturę ozdób świątecznych, pierników, pralin i prezentów. Cierpię katusze w niedoczasie.
Kochany Mikołaju, podaruj mi w prezencie dobę, co ma ze czterdzieści godzin. Będę zobowiązana.
źródło: pinterest
wtorek, 3 grudnia 2013
blaski, cienie i kalendarz adwentowy
Ciężko zrobić cokolwiek dla siebie czy w domu, gdy jest się sam na sam z dzieciarem. Dzieciar skutecznie sabotuje wszelkie Twoje próby wykąpania się, posprzątania, pracowania czy cokolwiek sobie tam zaplanujesz. Małe, roszczeniowe bestie zniweczą wszystkie wysiłki, by przy weekendzie ogarnąć chałupę, zrelaksować się, nadrobić zaległości, nie mówię już o tak bzdurnych wymysłach jak czytanie. Nasza młoda jest bardzo samodzielna, więc nie chodzi już a takie "maaamo, daj", "mamooo, pomóż", co nie zmienia faktu, że ruchliwe z niej dziecię, a do tego gaduła. Jej nieco ponadmetrowa obecność jest widoczna i słyszalna z daleka, zawsze i wszędzie, jej kreatywność nie zna granic i paszcza jej się nie zamyka. Gdy więc jesteśmy same mogę zapomnieć o blogu, o napisaniu czegokolwiek, bo jej trajkotanie zagłuszyłoby myśli największym filozofom. Zapomnieć mogę o porządku, mimo że tak o nim marzę na weekend, bo nie zdążę wstać z łóżka i już mam stajnię w przedpokoju, piknik w kuchni i krajobraz jak po wojnie w jej pokoju. Rytuał porannych weekendowych kąpieli dawno już zarzuciłam, po tym jak kilka razy leżałam w wannie wypełnionej kaczuszkami, łódeczkami i wiaderkami, albo wybiegałam jak postrzelona i ganiałam goła, ociekająca wodą po chacie, ratując ją z różnych opresji i katastrof. Piszę to trochę na odsłodzenie wczorajszego posta, wyszło jakoś zbyt słitaśnie, jak wnoszę po Waszych komentarzach. Są blaski i cienie takich weekendów, moje drogie. Miniony weekend też był taki: z jednej strony babskie zakupy i prace ręczne, z drugiej: chlew, niedoczas, zmęczenie materiału. Nasz kalendarz, który chyba Wam się spodobał na facebooku powstawał na trzy: w piątek składanie kupionych na Allegro pudełeczek, w sobotę wypełnianie czekoladkami i naklejanie wydrukowanych wcześniej numerków, w niedzielę dopiero udało mi się obwiązać to wreszcie sznurkami i kokardami i ostatecznie zawiesić z boku lodówki. Ładne to to, ale ile roboty. Jeśli musiałyście weekend zrobić cokolwiek innego - czujcie się usprawiedliwione, że nie macie kalendarza. Ja już nie dałam rady ugotować nawet połowy obiadu.
Etykiety:
advent calendar,
christmas,
christmas decorations,
DIY,
dzieciaki,
kalendarz adwentowy,
kids,
macierzyństwo,
motherhood,
Święta
Subskrybuj:
Posty (Atom)
loading..























