Pokazywanie postów oznaczonych etykietą prezenty. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą prezenty. Pokaż wszystkie posty
niedziela, 28 grudnia 2014
środa, 10 grudnia 2014
środa, 26 listopada 2014
bloggers4christmas
Słuchajcie, taka sytuacja: wybrali 24 blogujące matki i kazali im buszować po jednym z najlepszych sklepów z zabawkami i akcesoriami dla dzieci.
środa, 15 stycznia 2014
perspektywa babciocentryczna
Babciu, babciu, cóż Ci dam? Bo chyba nie Biovital. Babcie zazwyczaj zasługują na więcej (no chyba że to zrzędliwe staruchy, ale te z dzisiejszych rozważań wyłączmy). Zakładając, że jesteście w podobnym wieku, co ja, istnieje wysokie prawdopodobieństwo, że podobnie jak ja nie macie już babć. Ci, co mają, niech się cieszą i czytają dalej. Kto nie ma, a ma własne dzieci, a te dzieci - babcie - wy też czytajcie. Tak, wiem, babcie uwielbiają laurki i kwiatki. Ale czy na pewno urocze bohomazy Waszych grzdyli uszczęśliwią je bardziej niż coś osobistego? Czy sądzisz, że kolejny zestaw podkładek pod kubki/kubków/poduszek/koszulek/breloczków/magnesów (niepotrzebne skreślić) z podobizną Stasia czy Julki (tyle, że rok starszych) to właśnie to, o czym marzy babcia Stasia czy Julki?
Mogłoby się zdawać, że wyłazi ze mnie hipokryzja, bo: a) jestem wielką fanką handmade b) od trzech lat Zośki babcie dostają od nas kalendarze ścienne z młodą. Śpieszę wyjaśnić, że: a) nadal jestem wielką fanką handmade b) ja akurat wiem, że kalendarz to właśnie to, o czym marzą babcie Zośki:) Wypróbowałam 3 lata temu i nie dają mi przestać, już od grudnia dopominają się o kolejny.
Zmierzam generalnie do tego, żeby nieco zmienić perspektywę z dzieciocentrycznej na babciocentryczną. Bez grzdyli nasze mamy nie byłyby wprawdzie babciami, to fakt. Ale naszła mnie w tym roku przed Dniem Babci taka refleksja, żeby tę ich babciowość celebrować nie tylko w odniesieniu do młodej, tylko wynagrodzić codzienne zaangażowanie jakoś inaczej. Babcia też cżłowiek, lubi ładne rzeczy.
Mam pełną świadomość, że ani poniższa typologia, ani moje propozycje prezentowe nie wyczerpują arsenału babć i ich potrzeb nawet w połowie, ale trudno, na tym się znam - na ładnych rzeczach. Poza tym nie wiem, gdzie kupić figurę Matki Boskiej Częstochowskiej z odkręcaną głową.
1. Babcia romantyczna
Są takie babcie z gatunku tych wytwornych i subtelnych, które zawsze mają ułożone na wałki włosy, pachną wodą różaną i szminką Celii. W domu mają mnóstwo bibelotów, komody pełne starych zdjęć w zdobionych ramkach, porcelanowych piesków, kredensy wypełnione kryształami i rodzinnymi pamiątkami. W ich szufladach leżą medaliony z podobiznami dziadków, gdy byli piękni i młodzi. Kochają kwiaty i szydełkowe poszewki, obrusy w róże i filiżanki w kwiatki.
1,2,3,5,7 - IKEA
4 - Lisbeth Dahl (Live Beautifully)
6 - L'ocitanne, seria różana
2. Babcia - leniuszek
Napracowała się już w życiu i teraz się relaksuje. Ma siedem par okularów w różnych częściach mieszkania, pięć napoczętych książek przy łóżku i stos gazet na kuchennym stole. Pije dużo herbaty, czarnej i mocnej, kawy takowoż. Pali świecie i papierosy często też, mimo, że na nią krzyczycie. Lubi swój wielki fotel, lubi leżeć w nim, otulona w pled i czytać długo w noc. To dlatego późno wstaje, nie dzwoń więcej nerwowo przed dziewiątą, daj się kobiecie wyspać.
1,6 - Emalia Olkusz, seria Nostalgia
2,4 - Green Gate (Pretty Home)
3,5,7 - IKEA
3. Babcia herbaciara
Ikoną tej postaci jest królowa angielska, herbaciara ma też dużo klasy, ale i sąsiadek. Nie wyjdziesz od niej bez herbatki, a jak herbatka, to i ciasteczko albo dżemik. Poi Ciebie i wszystkie sąsiadki, herbatka z rana, herbatka w południe, herbatka do serialu i herbatka przed snem. To dla niej życiodajny rytuał, nie marnuj w tym roku kasy na koc elektryczny czy nowy beret.
1 - uwielbiamherbate.pl
2 - Bonne Mamam
3 - Clipper
4,6 - Marks & Spencer
5,9 - Green Gate (Pretty Home)
7,8 - Ib Laursen
10 - Garden Trading
4. Babcia piekąca
Ona zawsze pachnie szarlotką, nawet jeśli jej wcale nie piekła. Jest mistrzynią sernika (tego z przepisu Wandzi, ale nie chce go zdradzić - twierdzi, że dostaniesz ten gruby, pożółkły zeszyt po jej śmierci). Najbardziej na świecie lub Was karmić, zawsze ma przynajmniej pół blachy pleśniaka, jak przychodzicie. I co to jest za pleśniak, o matko! Nauczyła się odmierzać na szklanki, bo waga od dawna oszukuje, ciasteczka chowa do puszki po kawie z darów. Niech karmi i piecze z klasą wreszcie, i ona, i te szarlotki zasługują na to.
1,7 - Ib Laursen (Live Beautifully)
2 - Katie Alice Cottage Flower
3 - Bloomingville (Amazing Decor)
4 - Green Gate (Pretty Home)
5 - Kitchen Craft
6 - Lisbeth Dahl (Live Beautifully)
piątek, 27 grudnia 2013
poświąteczny kac i nowe fanty
Jak dobrze, że zaczęły się wyprzedaże, muszę polecieć do sklepu po jakiś namiot. Jestem kulką, wypełnioną po brzegi sernikiem, piernikiem, pralinkami, zrazami, pierogami i wszystkim, czego nie będę wymieniać, bo już na samą myśl mi niedobrze. Wypiłam też hektolitry wina, nalewek, likierów i drinków. Umiar to nie jest moja mocna strona, niestety. Jeśli sądziliście, że zginęłam przygnieciona przez choinkę, myliliście się - byłam zajęta jedzeniem i trawieniem. Chociaż głównie jedzeniem mam wrażenie. Dziś od rana owsianka, herbata z pokrzywy i mięty i mocne postanowienie: detoks. Mam ochotę spalić wszystkie poświąteczne resztki albo zamknąć się w klasztorze o chlebie i wodzie.
Jedyne, czego sobie na razie nie odmówię to kawa. Kawa z ekspresu. Z mojego nowego ekspresu. W nowych filiżankach. Ze spienionym mlekiem z mojej nowej spieniarki. Nadużywam tego pysznego płynu, ale frajdę mam z mojej liliowej maszyny jak dziecko.
Mikołaj spełnił kilka moich mieszkaniowych marzeń, dostałam jeszcze wymarzoną lampkę, kilka kuchennych drobiazgów (niewiele znam osób, które by się tak cieszyły z kuchennych ścierek) i kosmetyki. Nie zdziwcie się, jak w najbliższym czasie jakość zdjęć kulinarnych na Polce drastycznie się poprawi - Mikołaj wspiera moje hobby i znalazł dla mnie książkę o foceniu jedzenia. Także prezentowy wypas zaliczyłam. Najwięcej fantów zgarnęła jak zwykle młoda, od kilku dni przewija pieluchy swojej sikającej lalce, jak również koloruje mapy, szpanuje nowymi ciuchami, gramy rodzinnie w nowe gry i czytamy do snu nowe książki. Sielanka jednym słowem, tyle, że jakaś męcząca.
Poza tym wigilijne pochlipywanie się skończyło i potem było już tylko wesoło i miło. Mam nadzieję, że spędziliście fajne Święta, dostaliście mnóstwo pięknych prezentów i czujecie się dziś lżejsi ode mnie.
P.S.: Jeśli będziecie szukali jakichś nowych przepisów, na przykład na Sylwestra - szukajcie gdzie indziej, ja w najbliższym czasie nic nie ugotuję.
niedziela, 22 grudnia 2013
Święta tuż, tuż, więc poszłam sobie w tango
Dziś pakowanie prezentów. Może się okazać, że będzie to jedyna pożyteczna, świąteczna rzecz, którą dziś zrobię. Co robi bowiem żona i matka, pracowita blogerka na dwa dni przed Świętami? Idzie w tango. Serio, zabalowało mi się wczoraj, wypiłam za dużo pierniczków. Tak, wypiłam, to nie pomyłka, to shoty wódki z korzennym syropem i pieprzem, pycha (no, może z wyjątkiem dwóch ostatnich). Przynajmniej zostałam w konwencji, przynajmniej rozdałam świąteczne dobra, wszystkie słoiki z piankami i pastylkami kąpielowymi trafiły już do swoich domów.
Ja natomiast teraz cierpię na ból głowy, suchość w ustach oraz niemoc. Zaczynam też lekko panikować, bo nugat mi się nie ścina i nie mam weny do pieczenia. O, ja durna, pierniczków mi się zachciało!
A jak u Was? Mam nadzieję, że macie większe sukcesy na polu przedświątecznych przygotowań. Zostawiam Was z tymi inspiracjami na cudne opakowania prezentów i uciekam zdrowieć.
Może mi się jeszcze uda coś dziś w tej kuchni ukręcić?
środa, 18 grudnia 2013
fabryka Świętego Mikołaja, odcinek 2: pastylki kąpielowe
Manufaktura prezentów nie wytwarza tylko słodyczy, nie myślcie sobie. Wytwarza się w polkowej fabryce także cukierki do ciała. Jestem chemik młody, jak nic. Domowa wytwórnia kosmetyków zamarzyła mi się już dwa lata temu. Pamiętam, że już w listopadzie nakupowałam olejków migdałowych, zapachowych, maseł różnistych i ingrediencji wszelakich i otworzyłam laboratorium. Pół Trójmiasta potem chyba kąpało się w moich pastylach, bo obdarowałam nimi całe rzesze kobiet. Produkcja pastylek była cokolwiek zabawna, przed oczami stała mi scena z filmu "Poszukiwany, poszukiwana", kiedy to Marysia gotowała makaron. Pamiętacie? Wylało się tych klusek z garnka na pół kuchni, biedna Marysia uruchamiała kolejne garnki, a makaronowe nitki wypełzały z nich na kuchenną podłogę, by na końcu wypełnić sobą całą wannę. Mi wylewała się z foremek kolorowa, wonna piana. Gdy niechcący do mieszaniny sody i kwasku wlałam ciut za dużo płynów, olejków różnistych, masa na pastylki zaczęła się burzyć, syczeć i bulgotać, gasiłam ją rękami, łyżkami, ale nie starczało mi już rąk ani łyżek, przygniatałam deskami, chowałam do lodówki i na balkon, by po chwili dostrzec, że lodówka, balkon i deski całe są w tej pianie - wypełzała z foremek jak jakaś gadzina, jak bluszcz czy inne liany w horrorze klasy b. W końcu zgasły, ale lodówka pachniała lawendą i pomarańczą jeszcze przez tydzień.
W tym roku było znacznie lepiej, syczało tylko odrobinkę. Produkowałam grejpfrutowe, cynamonowe i lawendowe. Nie wykąpie się w nich pół Trójmiasta, a jakieś nieliczne koleżanki, które jeszcze nie próbowały. Przedstawiam Wam kolejny pomysł z cyklu: kilka słoików, parę składników, mieszu, mieszu - są prezenty.
Musujące pastylki do kąpieli
- 200 g sody spożywczej
- 100 g kwasku cytrynowego
- 40 g pełnego mleka w proszku
- 10 g olejku z pestek winogron
- 30 g tłuszczu kokosowego albo innego tłuszczu stałego (masło shea lub kakaowe)
- mała buteleczka olejku eterycznego
- opcjonalnie: odrobina suszu, przyprawy, skórek czy płatków roślinnych (np. cynamon, suszona lawenda)
- Wsypujemy sodę, kwasek i mleko w proszku do naszej miski. Mieszamy dokładnie, rękoma lub łyżką.
- Olejek z pestek winogron wlewamy do jednego kubeczka z tłuszczem stałym. Wszystko razem wstawiamy na moment do mikrofali lub umieszczamy w garnku z gorącą wodą. Czekamy, aż mieszanka uzyska jednolitą płynną konsystencję.
- Powoli wlać tłuszcze do suchych składników, zachowując czujność, bo tłuszcze będą powodowały, że masa zacznie się pienić. Trzeba ją wtedy przyklepać dłonią lub po prostu szybciej mieszać, nie dopuszczając do musowania.
- Gotowa masa powinna mieć konsystencję mokrego piasku, który łatwo daje się formować w dłoniach. Jeśli tak nie jest, możemy lekko zwilżyć dłonie wodą i szybko ugnieść nimi masę, psiknąć delikatną mgiełką ze spryskiwacza do kwiatków lub dodać jeszcze odrobinę oleju z pestek winogron.
- Do gotowej masy dodajemy odrobinę wybranego olejku eterycznego (w moim przypadku lawendowego). Kapiemy po kropelce, dalej uważając, aby nasza substancja nie musowała. Rozcierając ją dłońmi wąchamy, czy uzyskane stężenie zapachu nam odpowiada i ewentualnie dodajemy więcej. Ja dodaję jeszcze barwniki spożywcze, szczyptę takich w proszku, mieszam je ze sobą i rozcieram masę do uzyskania odpowiedniego odcienia (np. niebieski z różowym do kul lawendowych)
- Następnie nakładamy masę do foremek (na muffiny, do lodu albo czekoladek), ugniatając ją dobrze palcami. Upakowaną w foremki masę odstawiamy na co najmniej kilkanaście minut, niektórzy polecają włożyć ją do lodówki. Odwracamy formę, pukamy lub wyciskamy delikatnie z foremki silikonowej i wypadają nam z niej gotowe cukierki kąpielowe. Voila!
fabryka Świętego Mikołaja
Kupnych prezentów dla najbliższej rodziny jeszcze prawie nie mam, nie pamiętam takiej organizacyjnej, przedświątecznej katastrofy jak w tym domu, skandal. Egzaminy, choroby i różne niedoczasy sprawiły, że w tym roku będę jedną z tych, którzy tłoczą się w sklepach, wkurzeni, w pośpiechu, na dwa dni przed Świętami. Postaram się przynajmniej nie być wkurzona, ale to się jeszcze zobaczy. Od popadnięcia w doła i panikę chroni mnie moja kuchenna fabryka Świętego Mikołaja. Manufaktura prezentów handmade. Dziś odcinek pierwszy: domowa czekolada pitna z domowymi marshmallows oraz powstałe z nich zestawy dla przyjaciół.
Przygotowany przez siebie proszek na czekoladowy napój wsypywałam do słoiczków, w zależności od tego, dla kogo jest przeznaczony, są słoiki na dwie, trzy i cztery porcje. Na proszek kładłam posiekaną, mleczną czekoladę (patrz: przepis poniżej), uzupełniałam aż po wierzch domowymi piankami. Przygotowałam etykiety, wydrukowałam na papierze naklejkowym.
Dziś cieszą mnie i sprawiają, że nie czuję, jak bardzo nieprzygotowana jestem w temacie prezentów. Stół pełen słoiczków napawa mnie radością i dumą. Za kilka dni zacznę uprawiać świąteczne rozdawnictwo i wtedy moja radość przejdzie na obdarowanego. Mam nadzieję.
Domowa czekolada na gorąco:
- 200 g mlecznej czekolady
- 400 g pełnotłustego mleka w proszku
- 200 g prawdziwego kakao
- 100 g cukru pudru
- 20 g cukru waniliowego
- laska wanilii
Przygotowanie:
- przez drobne sitko przesiać mleko w proszku, kakao oraz cukier puder, pozostałe grudki rozetrzeć łyżką
- do czekoladowego proszku dodać posiekaną drobno czekoladę i cukier waniliowy, wymieszać.(nie wmieszałam kawałeczków czekolady do proszku, tylko ułożyłam go w moich słoikach na nim)
- ja dodałam jeszcze 2 łyżeczki cynamonu i łyżeczkę imbiru, ale to już opcjonalnie
- przygotowaną czekoladę wystarczy zalać gorącą wodą - mniej więcej cztery łyżeczki na 200 ml.
piątek, 6 grudnia 2013
magiczne fluidy i szał pał
Nie ma wątpliwości - był, odwiedził nas, gdy spaliśmy. Pierwszy, niepodważalny dowód to buty pełne łakoci i upominków. Na kuchennym stole został też niezbity corpus delicti w postaci śladów po jego nocnej uczcie. Zostawiliśmy mu szklankę mleka i talerz ciastek, specjalnie przypalonych dla niego przez Zosię i tatę. Młoda dołożyła jeszcze banana, zatroskana o jego formę w tę wietrzną noc. Drugi raz w życiu widziałam moje dziecko dosłownie roztrzęsione z emocji, małe, drżące rączki niezdarnie walczyły w pudełkami i taśmami, rwały papiery, zaspane czarne oczka błyszczały i z każdą chwilą otwierały się coraz szerzej z zachwytu, a pulchne policzki nabierały rumieńców z wrażenia. Piszczała, skakała, tuliła swoje aniołki i małego jamnika. Istny szał-pał.
Kto nie widział dziecka w mikołajkowy poranek, nie widział prawdziwej magii, szczerej fascynacji, nie doznał tego szczególnego rodzaju wzruszenia. Nie sądziłam, że oszukiwanie dziecka może mi sprawić kiedykolwiek taką radość.
Tę chwilę w porannym półmroku zostawię tylko dla nas, za piękna, zbyt rodzinna i tylko nasza była, by biegać z aparatem. Uwieczniłam krajobraz po bitwie, gdy młoda, posilona sporą dawką czekoladowych misiów i żelków, z aniołkiem w kieszeni poleciała już do przedszkola.
Jeszcze ten śnieg za oknem, czysty i puszysty, tak, jak chciałam. Magiczne fluidy wiszą w powietrzu, czuję to wyraźnie. Ale cudnie jest.
P.S: Dziś odpalamy piernikową manufakturę, w weekend będą więc pepparkakor oraz świąteczne DIY: domowe kule śniegule. Zaglądajcie!
Subskrybuj:
Posty (Atom)
loading..




















