Pokazywanie postów oznaczonych etykietą przyjęcie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą przyjęcie. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 31 października 2013

keep calm and bake on (oraz muffinki-sowy)

Muszę się Wam do czegoś przyznać. Wczoraj zwątpiłam, bardzo zwątpiłam w to, co tu wyprawiam. Ale od początku. Moje dziecko poszło samo na pierwszą w życiu imprezę. Weszliśmy w ten kostiumowo-wizytowy okres, więc poczułam, że muszę stanąć na wysokości zadania. Niby wiem, że pierwsze Haloween to nie takie wielkie halo jak na przykład pierwsza komunia, ale jednak, mój perfekcjonistyczny umysł wypełniły wizualizacje. W głowie miałam te wszystkie wystylizowane babeczki i cake-popsy, ciasteczka i smakołyki w kształcie trupów, czaszek, przystrojone mózgami, pajęczynami, małe mumie i pająki pojawiły się w mojej głowie i chciałam zrobić je wszystkie. Łatwizna, widziałam na Pintereście przecież. Ja nie dam rady? Ja przecież prowadzę bloga semi-kulinarnego, ja się świetnie na tym znam i dekorowanie ciasteczek to dla mnie jak splunąć. Pająki, czaszki i mózgi, ja Was wszystkie wytworzę i wyprodukuję ku powszechnemu zachwytowi wszystkich. 

Im bliżej dnia zero, tym moje plany robią się skromniejsze, tym mniej mam czasu, mocy i fantazji, brakuje mi wyrafinowanych cukierniczych dodatków, deficyt mam też siły i ochoty. W dniu zero mocy, fantazji i siły zostało już tyle, co brudu za paznokciem. I kiedy tak półprzytomna ze zmęczenia o 22-iej wyjęłam z pieca blachę muffinów i zaczęłam żałosne próby wystylizowania ich haloweenowo, wyrażałam się o nich tak, że dobrze, że Zośka już spała. Wulgaryzmy wszelkiej maści wypływały z moich ust, gdy kolejne cholerne ciasteczka łamały się i odpadały, gdy ubabrana czekoladą po łokcie musiałam stwierdzić, że nie umiem mnożyć i za mało ich kupiłam, by stworzyć muffinki-sowy.

Moje próby kreatywnego wybrnięcia z sytuacji skończyły się rozpaczliwie, nie miałam składników na mózgi ani na pająki, zaczęłam więc przyklejać im (muffinkom) oczka. Patrzyło teraz na mnie swoimi cukrowymi oczami kilka babeczek, patrzyły z wyrzutem, postanowiłam więc doprawić im buźki. Dokleiłam żelkowe szczęki. Efekt był kompletnie żałosny, patrzyło teraz na mnie osiem czekoladowych karpii, wyglądały jakby błagały o litość i powrót do wanny. Nie dość, że miały te rozdziawione, gumowe paszcze, to jeszcze oczka miały jakieś takie puste. Zaczęłam więc wypełniać je - na dużą cukrową kuleczkę mała cukrowa kuleczka, taka całkiem malutka. Pędzelek, woda, kuleczki wpadają w czekoladę, topią się i gubią. 

I tu następuje moment kulminacyjny tej opowieści. Poczułam wtedy absurd sytuacji - jest 23-cia, jestem kobietą wykształconą i pracującą i oto ze łzami w oczach nanoszę mokrym pędzelkiem oczy czekoladowym karpiom. Ja przecież przeczytałam Heideggera i Wittgensteina! Ja rozprawki i eseje pisałam na tematy filozoficzne i ważne, dyskutowałam o tekstach feministek, ja klasyczne teorie socjologiczne zdałam na piątkę, i jak skończyłam?! Oczy babeczkom przyklejam, choć padam na ryj.

Ostatecznie wyszło nieźle, te sowy nawet całkiem spoko, gorzej prezentowały się te pseudo-mumie, następcy karpików. To nauczka, że nie da się wszystkiego, idealnie, perfekcyjnie, mimo wszystko, w środku nocy, jak te roboty z pinteresta.






Czekoladowe muffiny:

(ok.20 niskich babeczek)

• 1 i 1/2 szklanki mąki pszennej
• 3/4 szklanki cukru
• 1/4 - 1/3 szklanki kakao
• 1 łyżeczka sody oczyszczonej
• 1/3 łyżeczki soli
• 1/2 szklanki wody
• 1/2 szklanki maślanki lub jogurtu naturalnego
• 1/3 szklanki oliwy lub oleju roślinnego
• 1 łyżka rumu (likieru smakowego lub octu winnego)


  • Mąkę przesiać do miski, dodać cukier, kakao, sodę, sól, wymieszać.
  • Do suchych składników wlać mokre: wodę, maślankę lub jogurt, oliwę lub olej oraz rum (likier lub ocet winny). Delikatnie połączyć składniki mieszając łyżką.
  • Papilotki napełnić masą do połowy wysokości, chcemy uzyskać niskie babeczki, żeby oczy sowom nie spadały.
  • Wstawić do piekarnika i piec przez 25 minut. Po tym czasie patyczek wetknięty w środek powinien być suchy.

źródło: Kwestia Smaku

Do dekoracji:

  • ciasteczka Oreo lub inne ciemne markizy z białym kremem (pod dwa ciastka na babeczkę)
  • M&M's lub inne draże
  • tabliczka czekolady (gorzka lub mleczna, wedle uznania)

Czekoladę rozpuścić w kąpieli wodnej i rozsmarować na ostygniętych babeczkach. Ciasteczka rozłożyć na pół, na każdym ułożyć jedną drażę, leciutko docisnąć. Tak powstałe sowie oczy delikatnie nakleić na babeczkę, na środku zrobić nos z połowy drażetki.

To jeden z łatwiejszych sposobów na robiące wrażenie stylizowane wypieki, olejcie te wszystkie mózgi, mumie i duchy. Poczułam w tej rozpaczy nad "karpiami", że nie muszę być utalentowanym cukiernikiem, bo jestem już przecież: pielęgniarką, sprzątaczką, kochanką, kucharką, dekoratorką, animatorką, psychologiem dziecięcym,  specjalistką od marketingu i piaru, blogerką.

Więc wyluzujcie, moje drogie, nie ma się co porywać z motyką na słońce, nie dajcie się omamić Pinterestowym dziwactwom.


P.S: Musicie wiedzieć coś jeszcze - po cichu czytam Chujową Panią Domu i ryczę ze śmiechu.

sobota, 31 sierpnia 2013

miliard kalorii w słoiku

Kiedy zapraszam gości i zaczynam planować menu, w mojej głowie rodzi się milion pomysłów. Skrócenie tej listy do kilku pozycji przychodzi mi z trudem, zapominam zazwyczaj, ile pracy mnie czeka, chcę ugotować i upiec milion rzeczy i w rezultacie zazwyczaj przesadzam. Przygotowuję tyle, że zanim przyjdą goście w nogach mam kilometry zrobione na trasie lodówka - blat kuchenny - zlew, boli mnie kręgosłup i widzę podwójnie. 

Tak też było i wczoraj, miało być tylko coś do piwka i zwykłe piątkowe spotkanie przy czymś smacznym jako zagrycha do rozmów i śmiechów. Miało być, a wyszło jak zwykle. W warzywniaku rzucili figi, dorwałam piękne kurki, cudowne pomidory oraz gruszki nad gruszkami i miałam też ochotę zrobić coś czekoladowego. Powstały więc dwie focaccie: kurki+pleśniak+czarne oliwki oraz pomidory+rozmaryn+parmezan, sałata z prosciutto, kozim serem, figami i dressingiem malinowo-balsamicznym. Na deser tarta z gruszkami i mus podwójnie czekoladowy z malinami. W rezultacie tego przepychu, wypełnieni włoskim chlebkiem, sałatą i tartą goście, przy musie powiedzieli mi "pas". Jeden śmiałek spróbował, delektował się w trakcie, potem niestety żałował, pozostali wzięli na wynos:) 

Dziś będzie o tym musie, bo wyszedł wspaniały - puszysty i bąbelkowy, aksamitny i obłędny. Kolejna (po smaku) istotna dla mnie sprawa to chyba jednak nie wygląd (miejsce trzecie), a konsystencja. Uwielbiam jedzenie, które ma na zewnątrz jakąś kruchą chrupkość, wewnątrz miękkość i delikatność. Mam też słabość to musów - to uczucie, gdy rozpływają się ustach i rozcierasz o podniebienie te pęcherzyki powietrza, mhmmmm.














 

Mus podwójnie czekoladowy
z malinami

Składniki 
(na 5-6 niedużych porcji, ale nie polecam dużych - mus jest intensywny, zostawi po sobie lepsze wspomnienia, gdy zje się go troszeczkę):

  • 400 ml śmietanki kremówki 30%
  • dwa białka 
  • 3 łyżeczki żelatyny
  • 100 g gorzkiej czekolady (70% kakao)
  • 150 g białej czekolady
  • cukier waniliowy

Przygotowanie:

  • Zacznij od rozpuszczenia czekolady w kąpieli wodnej: w dwóch osobnych rondelkach ciemną i białą.
  • Żelatynę zalej w szklance odrobiną zimnej wody, dobrze wymieszaj.
  • Jajka sparz wrzątkiem (przelej, nie trzymaj w nim, bo białko zacznie się ścinać), oddziel białka i od żółtek, ubij z białek sztywną pianę.
  • Śmietankę ubij na sztywno, dodaj cukier waniliowy, ubijaj, aż się rozpuści.
  • Żelatynę zalej 1/4 szklanki wrzątku, zamieszaj dokładnie, by nie było grudek, przestudź przez chwilę.
  • Do śmietany z wanilią wlej żelatynę, zmiksuj porządnie, by idealnie się połączyły, następnie dodaj pianę z białek, zamieszaj delikatnie łyżką.
  • Masę podziel na dwie równe części, do jednej wlej przestudzoną ciemną czekoladę, do drugiej - białą.
  • Białą masę wstaw do lodówki, ciemną przełóż do pucharków, miseczek, słoiczków lub kieliszków, wstaw na 10 minut do lodówki.
  • Po tym czasie uzupełnij naczynią warstwą musu z białej czekolady, włóż z powrotem do lodówki.
  • Przed podaniem połóż na wierzch świeże owoce: maliny, truskawki lub borówki.

Uwagi:

  • Deser ścina się bardzo szybko, po godzinie jest już gotowy do podania.
  • Przed jedzeniem niech ogrzeje się poza lodówką przez conajmniej kwadrans - będzie miał delikatniejszą konsystencję.
  • Ja dodaję tylko jedno opakowanie cukru waniliowego, bo mus z białej czekolady jest bardzo słodki i równoważy się z lekką goryczką tego z ciemnej. Jeżeli jednak rezygnujecie z jasnej warstwy, trzeba by pewnie ten ciemny dosłodzić, powiedziałabym, że ze dwiema łyżkami cukru pudru, ale to według uznania. 
  • To jednak z najpyszniejszych rzeczy na świecie, należy zachować ostrożność, bo tak na oko ma z miliard kalorii.

Smacznego!

niedziela, 25 sierpnia 2013

a bit of glamour at a garden party

Uwielbiam przyjęcia, te pod chmurką to już ubóstwiam wręcz. Nie dość, że się człowiek może bezkarnie najeść (to w końcu urodziny/imieniny/wesele), to jeszcze podadzą, poleją, podsuną i posprzątają. Podjadłam dziś i popiłam, nie powiem. Pod chmurką, a jakże. Zacne przyjęcie urodzinowe moich bratanków, przygotowane przez kobietę-robota, co najwyraźniej nie śpi po nocach. Wycackane i wymuskane, skomponowane kolorystycznie i tematycznie, z miliardem ciast i ciastek, pysznym obiadem z grilla. Doceniam taką dbałość o szczegół, najadł się więc dzisiaj mój brzuch i moje oczy. Niezła ta moja bratowa, mówię Wam. A to tego piękna zawsze i stylowa, pracowita i uśmiechnięta. My, kobiety jednak jesteśmy niesamowite.

Przyjęcia uwielbiam także, bo stwarzają okazję, by się odpicować się jak stróż na Boże Ciało. Dziś byłam wyjątkowo spragniona glamuru, po tygodniu spędzonym głównie w stylowych, obwisłych dresach, fryzurze drugiej świeżości oraz trudnych do domycia stopach. Wbiłam się więc w moją najnowszą zdobycz ze skarszewskiego butiku, która zaczyna oto ze mną swe drugie życie. Czerwień na domyte stopy walnęłam, przypomniałam sobie, że istnieją kolczyki, rezultat uwieczniłam. Poniedziałku, możesz nadchodzić, jestem gotowa.

...

I love parties, the garden ones - I simply adore! Not only can you eat your fill with impunity (it's birthday/wedding/any other important celebration after all), but you get to be served, treated and cleaned after. I ate my fill today, oh yes. A noble birthday party for my nephews, thrown a by a female robot, who apparently never sleeps. Pretty-pretty and spruce, perfectly composed colour- and themewise, with tons of cakes and cookies and a yummy barbecue. I appreciate such focus on detail, so I ate both: my stomach and my eyes fill today. My sister-in-law is an incredible woman, I'm telling you. A she's always always gorgeous and stylish, hard-working and smiling. We, the women are incredible.

I also love parties for they make an occasion to get rigged out like you don't on a regular day. I was in a serious need for a bit of glamour today, after a week in my stylish, worn-out sweats, hair in their second freshness and slovenly feet. So I put my latest conquest on and it just started its second life on me today. So I put some red on my finally scrubbed feet, I reminded myself on earrings' existence, I photographed the result. Monday, you may now come, I am ready.











wtorek, 20 sierpnia 2013

a little party never killed nobody

W paseczkach każdemu ładnie. Serio, wątpię, czy chodzi po świecie człowiek, któremu ten biało-granatowy wzór by nie służył. W marynarskim stylu wygląda się jakoś tak świeżo, schludnie i wakacyjnie. Tak, od ludzi w paski zdecydowanie pachnie relaksem, i to takim drogim relaksem spod znaku luksusowych jachtów. Do takich pasków to pasują: czekoladowa opalenizna, białe zegarki, wytworne drinki, piękne ciała. Jednakowoż paski brzydsze ciała upiększają, a mało wytworne drinki uszlachetniają, mało czekoladową opaleniznę pogłębiają jakoś magicznie. Marynistyczne klimaty to również urokliwy motyw dla przyjęć wszelkiej maści: wesel, wieczorów panieńskich, urodzin dorosłych i dziecięcych. Oczywiście fajnie, jeśli jest jakieś sprzyjające otoczenie i kontekst, czytaj: plaża, morze, tata marynarz czy choćby solenizant-żeglarz. Ale bez kontekstu też może być.

                                                                               ...

Stripes look great on pretty much everyone. Seriously, I doubt that there's anyone in the world who looks bad in this white and navy pattern. Marine style makes you look fresh, neat and summery. Yeah, people who wear stripes smell with relax, an expensive one, like a relax in luxurious yachts. What matches such stripes are: chocolate tan, white watches, fancy drinks, beautiful bodies. However, stipes can beautify ugly bodies, the not so fancy drinks become fancier, the not so chocolate tan becomes deeper in a magical way. Marine style is a pretty theme for parties of all kinds: weddings, bachelorette parties, birthdays. Ofcourse it is better when there are appropriate circumstances and a relevant context, ergo: the beach, sea, a daddy-seaman or at least a sailing-fan birthday boy. But this will do without a context too.











source: pinterest.com

Na początku czerwca był taki weekend, który chcę Wam opisać. Szesnaście dziewczyn w pasiastych ciuchach, wśród nich jedna najładniejsza i najważniejsza - ruda panna młoda. Zasługiwała na coś naprawdę wyjątkowego, więc zorganizowałyśmy dla niej weekend-niespodziankę na nadmorskim kempingu. Kazałyśmy jej ubrać się w paski i spakować torbę (z mnóstwem totalnie niepotrzebnych rzeczy, włączając latarkę, szpilki i krzyżówki). Została zgarnięta rano absolutnie odjazdowym białym kabrioletem przez przyjaciółkę, która czekała na nią ze schłodzonym mini-szampanem na śniadanie. Urządziła jej poranną przejażdżkę przez miasto, głośna muzyka, włosy w nieładzie, marynistyczne paski rzecz jasna, totalny snobizm - świetny początek panieńskiego weekendu. Potem niespodziewane spotkanie na molo, biegniemy rozchichrane by zdążyć na rejs, ona w chustce na oczach, welon, kolejna porcja szampana na pokładzie, życzenia od kapitana żeglugi gdańskiej. Potem kolejna szalona przejażdżka kolejnym wypasionym (białym!) samochodem, piszczymy i śpiewamy, ("a little party never hurt noooobooodyyyy") welon tańczy na oknem, wieszcząc niezły szał. Dojeżdżamy na kemping, który okazuje się być kawałkiem prywatnej plaży, udekorowanym marynistycznymi girlandami i gadżetami. Zaczyna się: różowe wino, schłodzone piwo, słońce i morze, windsurfing w welonie, przepyszna kolacja z grilla i najpiękniejsze cupackes na ś‌wiecie. Było dużo tańców i chichrania, szalona przejażdżka motorówką. Był też te cudne kobiece wibracje (jestem pewna, że nie ma nic takiego jak męskie wibracje na kawalerskich). Kobiety są cudowne - wiele z nas poznało się dopiero tego dnia, zebrałyśmy się, by świętować dla przyszłej panny młodej. Ale nie było żadnych barier, nieśmiałości, żadnej sztywności czy sztucznych uśmiechów. Wiecie co zrobiłyśmy nad ranem na symboliczne podsumowanie tej szalonej nocy? Rozebrałyśmy się, i mam tu na myśli - totalnie do zera, małe cycki i duże cycki - wszystkie tańczyły w ciemnościach, jak wskakiwałyśmy do zimnej wody, obejmując się i tańcząc w koło. To mogło wyglądać odrobinę żałośnie, właściwie to jestem niemal pewna, że tak było, bo ta woda nie sięgała nam nawet do kolan. Chrzanić to, byłyśmy gołe i wyzwolone, zdecydowanie czułyśmy te kobiece wibracje. Właśnie za to uwielbiam baby.

                                                                                 ...

At the beggining of June there was this weekend I want to tell you about. There were sixteen girls in stripey clothes, and among them the prettiest and the most important one - a ginger hair bride-to-be. She deserved something really special, so we organised this surpise weekend trip for her to a seaside camping. She was told to wear stripes and pack a bag (with many totally unnecassary stuff, including a torch, high-heels and crosswords) and was picked up in an absolutely cool white cabriolet by a friend, carrying a mini-botlle of a cooled champagne with a straw for breakfast. So they took a morning ride around the city, lound music, messy hair, and nautical stripes ofcourse, a total snobism - what cool thing to begin your bachelorette weekend with. A surprise meeting at the pier, a giggled, blindfold run to catch a cruise, a weil, some more chanpagne onboard. Later another crazy ride with another fancy (white!) car, we scream and sing ("a little party never hurt noooobooodyyyy"), the weil is dancing outside the window. We reach the camping and it turns out be a piece of our own private beach, all decorated in marine-style garlands and gadgets and so the fun begins. Pink wine, chilled beers, the sun and the sea, windsurfing bride with a weil, fantastic barbecue and the prettiest cupcakes ever. There was a lot of dancing, singing and giggling, there was a crazy motoboat ride. There was also this feminine wibe (and I'm sure there is no such thing as a masculine wibe on bachelor's parties). Women are great, I am telling you - many of us just met on that day, gathered to celebrate for the bride-to-be. But there were no borders, no shyness, no stiffness, no artificial smiles. And you know what we did the last thing in the morning to sum up this crazy night? We got undressed, and I mean totally naked with smaller and bigger boobs dancing in the dark as we jumped into the cold water, hugging and dancing in the circle. It might have looked a little pathethic, I am acctually pretty sure it did, for the water was shallow and didn't even cover our knees. Screw this, we were naked and eliberated, we totally felt this feminine wibe. And for this I love women.










photos by: Anna Konieczna, Ewa Filipiak.

sobota, 3 sierpnia 2013

a party-stylist-to-be

Stylizowanie przyjęć wydaje mi się najwspanialszą pracą pod słońcem. Integruje wszystkie największe wizualne i smakowe przyjemności i moje największe pasje, to kreatywna działalność, wykorzystanie poczucia estetyki w łączeniu elementów wnętrzarskich z papierniczymi, jedzenia, napojów z pięknymi przedmiotami. No i to musi być wielka frajda, zarabiać na sprawianiu przyjemności, generowaniu piękna, tworzeniu wyjątkowych sytuacji. Bo to przecież zawsze są jakieś fajne momenty i rytuały, więc w przeciwieństwie do np. branży pogrzebowej, obcuje się na co dzień z ludzkim szczęściem. Takie życie po prostu musi dobre, nic, że banalne to i w sumie nie zaspokaja jakichś podstawowych potrzeb człowieka, nie jest nawet odrobinę tak szlachetne jak bycie lekarzem, czy tak pożyteczne jak fryzjer. Spotkanie przy jedzeniu jest jednak ogromnie ważną społeczną sytuacją, stół biesiadny to miejsce kluczowe dla wielu rytuałów przejścia takich jak wesela czy chrzciny. Stylista przyjęć jest więc jak kreator kulturowo istotnych sytuacji - to już nie brzmi tak banalnie, prawda?

...

Being a party stylist seems like the best job in the world to me. It integrates all greatest visual and flavour pleasures and all of my biggest passions, it is a creative activity, using sense of style in combing decorative elements with paper art, food, drinks and beautiful objects. It has to be so much fun to earn a leaving on giving pleasure, generating beauty, cerating special situations. For it is always connected with a special moment or ritual, so in contrast to funeral industry for example, you get to experience other people's happiness on a daily basis. Such life simply has to be good, I don't care that it is trivial and really - party stylists do not satisfy any essential human needs. It is not even in tiny part as noble as being a doctor or as useful as a hairdresser. Collective eating is a socially important situation, a festive table is a key spot for many rites of passage such as weddings or anniversaries. A party stylist is therefore like a creator of culturally important situations - that doesn't sound trivial at all, does it?