Jedni za leżenie plackiem na plaży, inni za najlepsze imprezy, niektórzy - za liczniejsze o tej porze roku romanse.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą lato. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą lato. Pokaż wszystkie posty
wtorek, 22 lipca 2014
niedziela, 22 czerwca 2014
wakacyjna wspólna produkcja
Udało nam się wyrwać tydzień razem, poza domem, z dala od miasta, (prawie) bez pracy i całkiem bez pośpiechu.
niedziela, 8 września 2013
1:0 dla mnie
Właśnie wtedy, gdy pochowałam już wszystkie letnie sukienki, kupiłam nowe botki na jesień i rozpoczęłam oficjalnie żałobę po wakacjach, dostałam w prezencie ostatnie trzy dni. Większość czasu nabijał się z nas ten wrzesień, udając sierpień i tylko zimna woda w jeziorze go zdradzała. Poza tym - jakby jesień wcale nie czaiła się za rogiem: rozgrzany słońcem, pachnący żywicą iglasty las, brudne, bose dzieci nadużywające lodów i żelków, placki z cukinii na tarasie, siedemnaście miliardów gwiazd, ognisko i nocne przy nim rozmowy o Bogu, oświeceniu i porannym seksie. Hamak, trampolina, piwo pod wiejskim sklepem, czerwone od słońca nosy i karki, łowienie ryb, świerszcze, komary i osy. Wszystko, co letnie i wakacyjne było, tylko zimna woda w jeziorze zdradzała wrzesień. Chyba jeszcze trudniej będzie mi teraz zacząć nosić te botki, proces żałoby po lecie muszę zacząć od nowa. Z czerwonym nosem i karkiem, pogryziona przez komary, oderwana od codzienności i wspaniale zrelaksowana. Jesień przegrywa, 1:0 dla mnie.
...
Just when I hid all of my summer dresses deep down in the closet, bought a new pair of autumn boots and officially started to mourn after the summer, the last three days came and ruined my preparations . Most of the time September was poking fun at us, pretending to be August and only the cold water in the lake telegraphed it. Apart from it - as if autumn wasn't lying in the wait around the corner: a warmed-up, pine-scented coniferous forest, dirty, barefoot kids, overusing ice cream and gummies, zucchini fritters on a terace, seventeen billion stars, a campfire and nighttime conversations about God, enlightment and morning sex. A hammock, a trampoline, beer drunk outside the country store, red noses and necks, fishing, crickets, moskitoes and wasps. All things summery and holiday were there, only the cold water in the lake telegraphed the September. I guess it will be harder now to start wearing those boots, I will have to start the process of mourning all over again. With my red nose and neck, bitten by moskitoes, disconnected from reality and wonderfully relaxed. The autumn is loosing, I win 1-0.
niedziela, 25 sierpnia 2013
a bit of glamour at a garden party
Uwielbiam przyjęcia, te pod chmurką to już ubóstwiam wręcz. Nie dość, że się człowiek może bezkarnie najeść (to w końcu urodziny/imieniny/wesele), to jeszcze podadzą, poleją, podsuną i posprzątają. Podjadłam dziś i popiłam, nie powiem. Pod chmurką, a jakże. Zacne przyjęcie urodzinowe moich bratanków, przygotowane przez kobietę-robota, co najwyraźniej nie śpi po nocach. Wycackane i wymuskane, skomponowane kolorystycznie i tematycznie, z miliardem ciast i ciastek, pysznym obiadem z grilla. Doceniam taką dbałość o szczegół, najadł się więc dzisiaj mój brzuch i moje oczy. Niezła ta moja bratowa, mówię Wam. A to tego piękna zawsze i stylowa, pracowita i uśmiechnięta. My, kobiety jednak jesteśmy niesamowite.
Przyjęcia uwielbiam także, bo stwarzają okazję, by się odpicować się jak stróż na Boże Ciało. Dziś byłam wyjątkowo spragniona glamuru, po tygodniu spędzonym głównie w stylowych, obwisłych dresach, fryzurze drugiej świeżości oraz trudnych do domycia stopach. Wbiłam się więc w moją najnowszą zdobycz ze skarszewskiego butiku, która zaczyna oto ze mną swe drugie życie. Czerwień na domyte stopy walnęłam, przypomniałam sobie, że istnieją kolczyki, rezultat uwieczniłam. Poniedziałku, możesz nadchodzić, jestem gotowa.
...
I love parties, the garden ones - I simply adore! Not only can you eat your fill with impunity (it's birthday/wedding/any other important celebration after all), but you get to be served, treated and cleaned after. I ate my fill today, oh yes. A noble birthday party for my nephews, thrown a by a female robot, who apparently never sleeps. Pretty-pretty and spruce, perfectly composed colour- and themewise, with tons of cakes and cookies and a yummy barbecue. I appreciate such focus on detail, so I ate both: my stomach and my eyes fill today. My sister-in-law is an incredible woman, I'm telling you. A she's always always gorgeous and stylish, hard-working and smiling. We, the women are incredible.
I also love parties for they make an occasion to get rigged out like you don't on a regular day. I was in a serious need for a bit of glamour today, after a week in my stylish, worn-out sweats, hair in their second freshness and slovenly feet. So I put my latest conquest on and it just started its second life on me today. So I put some red on my finally scrubbed feet, I reminded myself on earrings' existence, I photographed the result. Monday, you may now come, I am ready.
sobota, 24 sierpnia 2013
za rok Tajlandia
No i znów się nie udało. Zamiast Tajlandii była zabita dechami wieś w województwie pomorskim, powiat skarszewski. Sycylia? Może za rok. Portugalia będzie musiała zaczekać. Chorwackie miasteczka i wysepki jeszcze nas kiedyś zobaczą. Albo stałam się mistrzynią redukcji dysonansu poznawczego, albo mi już wszystko dynda. Albo na serio jakaś taka harmonijna jestem. Pojadę, pojadę, wszędzie tam pojadę. Już nie nadużywam wyrazów niecenzuralnych, gdy odsłaniając rano okno widzę chmury nad polem, bo znów ta polska pogoda. Już nie krzywię się i nie psioczę, tylko korzystam. Wdycham, chłonę, czerpię.
Wystarczy na chwilę przestać się wkurzać i frustrować i oczy natychmiast otwierają się na całe to piękno. Czasem widzę go tyle, że aż boli, łzy wyciska, że zaklinam czas, by jednak przystanął na chwilę. Nigdy tego nie robi, więc go oszukuję - robię zdjęcia.
Nie twierdzę tu, ani nikogo nie przekonuję, że wakacje w województwie pomorskim, powiat skarszewski cudowniejsze są od Sycylii, Tajlandii czy Kuby. Absolutnie oraz nigdy w życiu. Królestwo za taką podróż. Tyle tylko, że jak na chwilę przestaje się myśleć o tym, czego się nie ma, odrobinę zmruży oczy, na chwilę zamknie marudzącą twarz, pooddycha głęboko i rozejrzy dookoła, to można zwariować w dziękczynnym szale.
Ja dziś dziękuję za 2 słoneczne dni na sześć oraz dwa cieplejsze popołudnia - bardzo ładnie świat wyglądał wówczas, suche trawy, świetliste włosy Zosi, gałęzie drzew. Za ten poranny promyk słońca wprost na parujące orkiszowe pankejki z gruszkami z sadu (co to je uprzednio w korzennym syropie udusiłam). Za grzyby, serio - grzyby, co za radocha zostać królową grzybobrania! Za ten dzień nad jeziorem, kiedy usmażyłam sobie biust na czerwono - było warto. Za to że żyję i oddycham i że właśnie wróciłam z przyjemnego pobytu w zabitej dechami wsi w województwie pomorskim. Powiat skarszewski rzecz jasna. Fajnie było. Za rok Tajlandia.
środa, 21 sierpnia 2013
summertime sadness
Już nie da się dłużej udawać, że mamy pełnię lata. W mieście jeszcze może da się utrzymać pozory, ale wieś na każdym kroku krzyczy, że to już prawie koniec. Szarobure zaorane pola zamiast szumiących łanów zboża, chłodne poranki, wyschnięte badyle przy drodze...smutnawy ten krajobraz. Staram się pocieszać myślą, że oto pomidory są w szczytowej formie, że w sumie wciąż biegam w japonkach i skisły odcień zieleni to jednak wciąż zieleń. Otuchy dodają stragany pełne śliwek i renklod, dynie i patisony już niedługo zaczną się ładnie komponować z kolorem świata i w sumie jesień też jest całkiem malownicza. Ale co począć, gdy pojawia się ten wewnętrzny smutek, jak wtedy, kiedy wiesz, że zaraz trzeba będzie się pożegnać z kimś bliskim i ukochanym? I choć Lana śpiewała do faceta, mam ochotę zawołać do lata jak ona: "kiss me hard before you go", bo mam dziś taki trochę "summertime sadness".
...
You can no longer pretend that the summer is in full bloom. Perhaps the cities may still keep appearances, but the country shouts from every corner that this is almost the end. The grey soil instead of soughing fields of grain, cool mornings, dried stalks by the road...the landscape became a bit sad. I try to think that tomatoes are in top form now, that I acctually still wear flip-flops and that this rotten shade of green is still a shade of green. The stands at the greengrocers', full of plums and greengages cheer me up a bit, pumpkins and patisons will soon match the surrounding nicely and in the end - autumn is quite picturesque too. But what can you do when this inner sadness appears like before a farewell with a close and loved one? Although Lana sang it to a guy I feel like calling the summer like she did: "kiss me hard before you go", for I have a small "summertime sadness" today.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
loading..
















































