Pokazywanie postów oznaczonych etykietą femininity. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą femininity. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 4 marca 2014

jak być kobietą? (i jedno spektakularne ciasto)


Mąż poprosił mnie o sernik, to rzadkie, to miłe. W czasach naszych studenckich podchodów prosił o szarlotkę, lubiłam to, czułam się wtedy - uwaga, co za klisza - jak kobieta. Śpieszę tłumaczyć, czemu wyemancypowana studentka socjologii, o poglądach liberalnych, aktywna uczestniczka fakultetów na temat (o, zgrozo) gender utożsamia kobiecość z ciastem.

środa, 11 grudnia 2013

jedna z setek tysięcy

Dla wielu codzienność, banał i oczywistość. Wstajesz, ubierasz się, wychodzisz z domu, wsiadasz do samochodu, przekręcasz kluczyki w stacyjce, zapinasz pasy i jedziesz. Słuchasz radia, dłubiesz w nosie, sprzęgło, biegi, gaz - rutyna. Są Was setki tysięcy. Mijając na ulicy ludzi takich jak ja, nie zwracacie na nas uwagi, nie zdajecie sobie pewnie sprawy z zazdrości, z jaką nas Was patrzymy. My, użytkownicy komunikacji miejskiej, my, pierdoły i dupy wołowe, bez prawa jazdy i bez samochodu. Marznący na przystankach, moknący w drodze na nie, tłoczący się w autobusach, czekający na kolejkę. My, tragarze, niosący do domu siaty z żarciem, torby, torebki, laptopy i dzieci. Przeklinający w myślach, wkurwieni od samego rana na cały świat, na deszcz, na śnieg, mróz, na kałuże, na brak drobnych na bilet, a tak naprawdę to na siebie. 

Postanowiłam wypisać się z tej bandy już ponad pięć lat temu, idea bycia kierowcą pociągała mnie tak bardzo, że pomagała wstawać bladym świtem i cisnąć o 6 rano na jazdy. Było fantastycznie, za kierownicą czułam się jak młody Bóg, frajda gigantyczna. Pierwszy oblany egzamin bolał, po drugim cierpiałam, po trzecim obraziłam się na instytucję prawa jazdy na pięć lat. Mój kujoński umysł nie akceptował, że pierwszy raz w życiu czegoś nie zdałam. Przez ten czas mój kompleks autobusiary nabrzmiał do takich rozmiarów, że nie wiem, skąd znalazłam w sobie siłę, żeby tej jesieni ponownie udać się na kurs. Przez poprzednie lata marzyłam o tym, a nie mogłam, strach przed porażką paraliżował mnie, a jednocześnie coraz trudniej było mi bez prawka żyć. Coraz częstsze wyjazdy pana małżonka, długie dojazdy do pracy, żałosne próby zorganizowania nam z młodą weekendowych wycieczek tramwajem...czułam się jak człowiek drugiej kategorii, który na własne życzenie nie korzysta z banalnej, dla większości oczywistej wygody przemieszczania się samochodem.

Ten przydługi wstęp jest po to, żebyście zrozumieli, o co ten hałas, skąd moja duma i niedowierzanie, dlaczego od wczoraj unoszę się metr nad ziemią. Tak, otóż tym razem zdałam, za pierwszym razem, nie popełniwszy na egzaminie nawet jednego błędu. Jeszcze nie do końca w to wierzę, że za chwileczkę, za momencik mój nabrzmiały kompleks całkiem już zniknie. Będę wstawać, ubierać się, wychodzić z domu, wsiadać do samochodu, przekręcać kluczyki w stacyjce, zapinać pasy i jechać. Słuchać radia, dłubać w nosie, sprzęgło, biegi, gaz - rutyna. Stanę się jedną z setek tysięcy. Postaram się zwracać na Was uwagę, choć to i tak nic nie da, drogie pierdoły i dupy wołowe. Trzeba działać, zamiast marzyć i patrzeć na jezdnię jak dziecko na cukierki przez szybę sklepu. Zamiast psioczyć od samego rana na cały świat, na deszcz, na śnieg, mróz, na kałuże, na brak drobnych na bilet, a tak naprawdę to na siebie, trzeba wziąć dupę w troki i zrobić to.

Wyidealizowałam sobie to prowadzenie samochodu przez ostatnie lata, stąd te opalone piękności z rozwianym włosem na zdjęciach poniżej. Nie martwcie się, wiem, że prawo jazdy nie wydłuży mi nóg, ani że nie pohulam w styczniu w szortach, codzienność kierowcy w kraju postkomunistycznym, w strefie klimatu umiarkowanego to jednak korki w deszczu i dziury w jezdni. Ja i tak będę  się cieszyć z prowadzenia samochodu jak te wszystkie laski, choć w długich spodniach i w deszczu, choć po wodę i kartofle do sklepu, a nie na babski roadtrip. Już widzę oczami wyobraźni, już czuję tę wolność, przez łąki, przez pola pędzi fasola normalnie. 

Dziś czuję, jakbym mogła wszystko, wygrałam sama ze sobą, rozpiera mnie duma i radość. 
Ale będzie pięknie!
aaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaa!!!















źródło: pinterest

czwartek, 31 października 2013

keep calm and bake on (oraz muffinki-sowy)

Muszę się Wam do czegoś przyznać. Wczoraj zwątpiłam, bardzo zwątpiłam w to, co tu wyprawiam. Ale od początku. Moje dziecko poszło samo na pierwszą w życiu imprezę. Weszliśmy w ten kostiumowo-wizytowy okres, więc poczułam, że muszę stanąć na wysokości zadania. Niby wiem, że pierwsze Haloween to nie takie wielkie halo jak na przykład pierwsza komunia, ale jednak, mój perfekcjonistyczny umysł wypełniły wizualizacje. W głowie miałam te wszystkie wystylizowane babeczki i cake-popsy, ciasteczka i smakołyki w kształcie trupów, czaszek, przystrojone mózgami, pajęczynami, małe mumie i pająki pojawiły się w mojej głowie i chciałam zrobić je wszystkie. Łatwizna, widziałam na Pintereście przecież. Ja nie dam rady? Ja przecież prowadzę bloga semi-kulinarnego, ja się świetnie na tym znam i dekorowanie ciasteczek to dla mnie jak splunąć. Pająki, czaszki i mózgi, ja Was wszystkie wytworzę i wyprodukuję ku powszechnemu zachwytowi wszystkich. 

Im bliżej dnia zero, tym moje plany robią się skromniejsze, tym mniej mam czasu, mocy i fantazji, brakuje mi wyrafinowanych cukierniczych dodatków, deficyt mam też siły i ochoty. W dniu zero mocy, fantazji i siły zostało już tyle, co brudu za paznokciem. I kiedy tak półprzytomna ze zmęczenia o 22-iej wyjęłam z pieca blachę muffinów i zaczęłam żałosne próby wystylizowania ich haloweenowo, wyrażałam się o nich tak, że dobrze, że Zośka już spała. Wulgaryzmy wszelkiej maści wypływały z moich ust, gdy kolejne cholerne ciasteczka łamały się i odpadały, gdy ubabrana czekoladą po łokcie musiałam stwierdzić, że nie umiem mnożyć i za mało ich kupiłam, by stworzyć muffinki-sowy.

Moje próby kreatywnego wybrnięcia z sytuacji skończyły się rozpaczliwie, nie miałam składników na mózgi ani na pająki, zaczęłam więc przyklejać im (muffinkom) oczka. Patrzyło teraz na mnie swoimi cukrowymi oczami kilka babeczek, patrzyły z wyrzutem, postanowiłam więc doprawić im buźki. Dokleiłam żelkowe szczęki. Efekt był kompletnie żałosny, patrzyło teraz na mnie osiem czekoladowych karpii, wyglądały jakby błagały o litość i powrót do wanny. Nie dość, że miały te rozdziawione, gumowe paszcze, to jeszcze oczka miały jakieś takie puste. Zaczęłam więc wypełniać je - na dużą cukrową kuleczkę mała cukrowa kuleczka, taka całkiem malutka. Pędzelek, woda, kuleczki wpadają w czekoladę, topią się i gubią. 

I tu następuje moment kulminacyjny tej opowieści. Poczułam wtedy absurd sytuacji - jest 23-cia, jestem kobietą wykształconą i pracującą i oto ze łzami w oczach nanoszę mokrym pędzelkiem oczy czekoladowym karpiom. Ja przecież przeczytałam Heideggera i Wittgensteina! Ja rozprawki i eseje pisałam na tematy filozoficzne i ważne, dyskutowałam o tekstach feministek, ja klasyczne teorie socjologiczne zdałam na piątkę, i jak skończyłam?! Oczy babeczkom przyklejam, choć padam na ryj.

Ostatecznie wyszło nieźle, te sowy nawet całkiem spoko, gorzej prezentowały się te pseudo-mumie, następcy karpików. To nauczka, że nie da się wszystkiego, idealnie, perfekcyjnie, mimo wszystko, w środku nocy, jak te roboty z pinteresta.






Czekoladowe muffiny:

(ok.20 niskich babeczek)

• 1 i 1/2 szklanki mąki pszennej
• 3/4 szklanki cukru
• 1/4 - 1/3 szklanki kakao
• 1 łyżeczka sody oczyszczonej
• 1/3 łyżeczki soli
• 1/2 szklanki wody
• 1/2 szklanki maślanki lub jogurtu naturalnego
• 1/3 szklanki oliwy lub oleju roślinnego
• 1 łyżka rumu (likieru smakowego lub octu winnego)


  • Mąkę przesiać do miski, dodać cukier, kakao, sodę, sól, wymieszać.
  • Do suchych składników wlać mokre: wodę, maślankę lub jogurt, oliwę lub olej oraz rum (likier lub ocet winny). Delikatnie połączyć składniki mieszając łyżką.
  • Papilotki napełnić masą do połowy wysokości, chcemy uzyskać niskie babeczki, żeby oczy sowom nie spadały.
  • Wstawić do piekarnika i piec przez 25 minut. Po tym czasie patyczek wetknięty w środek powinien być suchy.

źródło: Kwestia Smaku

Do dekoracji:

  • ciasteczka Oreo lub inne ciemne markizy z białym kremem (pod dwa ciastka na babeczkę)
  • M&M's lub inne draże
  • tabliczka czekolady (gorzka lub mleczna, wedle uznania)

Czekoladę rozpuścić w kąpieli wodnej i rozsmarować na ostygniętych babeczkach. Ciasteczka rozłożyć na pół, na każdym ułożyć jedną drażę, leciutko docisnąć. Tak powstałe sowie oczy delikatnie nakleić na babeczkę, na środku zrobić nos z połowy drażetki.

To jeden z łatwiejszych sposobów na robiące wrażenie stylizowane wypieki, olejcie te wszystkie mózgi, mumie i duchy. Poczułam w tej rozpaczy nad "karpiami", że nie muszę być utalentowanym cukiernikiem, bo jestem już przecież: pielęgniarką, sprzątaczką, kochanką, kucharką, dekoratorką, animatorką, psychologiem dziecięcym,  specjalistką od marketingu i piaru, blogerką.

Więc wyluzujcie, moje drogie, nie ma się co porywać z motyką na słońce, nie dajcie się omamić Pinterestowym dziwactwom.


P.S: Musicie wiedzieć coś jeszcze - po cichu czytam Chujową Panią Domu i ryczę ze śmiechu.

środa, 9 października 2013

more of a woman (or a broke person)

Pamiętacie ten post o jesieni, kiedy to wkręcałam sobie, że jest fajna i bardzo pomogła mi w tym wizja zakupów? Nie będę tu robić z siebie antykonsumpcyjnej świętoszki, gdyż za zakupami po prostu przepadam. Nie wiem, czy to czyni mnie bardziej kobiecą, nie sądzę, raczej bardzie spłukaną. 

Tak czy siak, z głową wypełnioną marzeniami o moim jesiennym looku wybrałam się na podbój (nie cierpię tego słowa) galerii handlowej. Efekt? Paczka skarpet. Serio, wróciłam do domu z gustownym pięciopakiem oraz: czapką dla Niej, czapką dla Niego, dżinsami dla Niego, butami dla Niej. Jak to wypakowałam po powrocie, myślałam, że się poryczę. Nie widziałam wśród toreb i paragonów ani wymarzonej parki, ani korzennych mazideł, ani imbirowych herbat, ani nawet jednej rękawiczki nie widziałam. 

Nie poddałam się, wysiłek ponowiłam, było już lepiej, oprócz kolejnej paczki skarpet (cudne były!) udało się wrócić z tą parką. I jeszcze karmelowym szalem, i kopertówką na jesienno-zimowe okazje towarzyskie, jeszcze tylko bluzeczka (ciemnomalinowa, z karmelowymi łatami na łokciach, mniam), czapeczka i po smutku poprzedniego szopingu nie było już śladu. Ale, ale, jak to zwykle z szopingiem bywa, najlepszy jest ten nieplanowany, kiedy jedziesz do IKEI po łyżeczki i kieliszki, a wracasz...z mhmmmm, no właśnie. Moje największe zakupowe radości ostatnich dni to wcale nie ciuchy.

...


Do you remember that post about fall, when I was trying to convince myself it was cool and the vision of shopping really helped my believe it? I'm not going to pretent to be an anticomsumptionist saint, I really love shopping. I'm not sure if that makes me more of a woman, I doubt that, rather a more of a broke person.

Anyway, with my head filled with the vision of my fall look, I hit the shopping mall. The result? A pack of socks. Really, I mean it, I came back home with a tasteful pack of socks and: a hat for her and one for him, a pair of jeans for him, boots for her. After unpacking my bags at home I was close to tears - there was no dreamy parka, no spicy body butters, no ginger teas, not even a single new glove. 

I didn't give up however, I repeated my effort, it was better that time - apart from the second pack of socks (how cute were they?!) I managed to come back with that parka. And a caramel scarf, and a clutch for winter parties, just a blouse (raspberry with caramel patches, yum), a hat and the sadness of the past shopping was all gone. As usually however, shopping is best when unplanned, when you go to IKEA for teaspoons and glasses and come back with...hmmmm, right. My greatest shopping joys aren't clothes.















Ja naprawdę rzeczywiście najbardziej kocham kupować garnuszki, miseczki, notesiki i długopisy. Czy to czyni mnie bardziej gospodynią domową niż nowoczesną kobietą?
A wy jak macie - szminki, koronki, pończoszki czy gary i skorupy?

...

I really, truly love buying pots, bowls, notebooks and pens most.Does that make me more of a goodwife than a modern woman? How about you - lipsticks, lace and stockings or pots and dishes?

czwartek, 26 września 2013

nie ma spontaniczności bez organizacji

Po niemal czterech latach prób i błędów zorganizowania sobie życia w niedoczasie, z ciężarem nieumiejętności zrezygnowania z czegokolwiek, wreszcie wiem to, doszłam do prawdy absolutnej: nie ma spontaniczności bez organizacji. Paradoks? Bynajmniej. Nie doznałam olśnienia, nie przeczytałam poradnika pt.: "Jak żyć?", ale przećwiczyłam dokładnie i wiem to, jestem tego pewna. 

Próbowałam już spontaniczności bez organizacji - zalała mnie fala chaosu, niemal się w niej utopiłam, a naprawdę bardzo chciałam nie być spiętą, zapracowaną babą. Poddałam się, bo te nerwowe poranki, kiedy biegałam po domu, szukając właściwej bluzki, potem prasując ją jedną ręką, a drugą robiąc jedzenie do pracy, te zgubione skarpetki, to późnopopołudniowe gotowanie obiadów, kiedy mąż latał do sklepu 7 razy, bo co chwilę czegoś brakowało. Albo wychodzenie do pracy bez jedzenia i potem nieudane próby kupienia po drodze czegoś zdrowszego i smaczniejszego niż drożdżówka z budyniem. Mówię temu "nie" i tak też Wam radzę - pracujące matki, organizacja to podstawa! 

Tak, wiem, fatalnie to brzmi, naprawdę nigdy, przenigdy nie chciałabym być Marthą Steward ani Małgorzatą Rozenek. Jestem człowiekiem, nie robotem, lubię żyć też czasem. Ale tak, próbowałam też organizacji bez spontaniczności. Wyglądałam jakbym urwała się ze Stepford, weszłam w tryby tej machiny i wierzcie mi - było nudno. Co sobotę sprzątanie, co poniedziałek prasowanie, wyznaczanie zmian i prowadzenie rodzinnego kalendarza, co wieczór obiad na kolejny dzień, ciuchy do pracy i dla młodej. Po jakimś czasie byłam na krawędzi depresji, bo oprócz paru godzin snu nie zostawało już czasu na nic, a jak przychodził weekend, byłam tak zmęczona, że nic mi się nie chciało. Smutny, zmęczony, robocik, któremu wyczerpywały się już baterie. 

Z tym złotym środkiem to jednak nie takie głupie, słuchajcie, Arystoteles nieźle to w sumie wymyślił. Bo naprawdę łatwiej rano ubrać się szykownie, jak w szafie wybór wyprasowanych bluzeczek oraz ugotować szybko obiad, gdy szafki pełne dóbr wszelakich. Tylko bez ortodoksji i spiny. Jak nam się nie chce, nie prasujemy, nie codziennie jest ten obiad i te lunchboxy wymuskane. W kuchni działam spontaniczniej, odkąd dbam, by mieć w domu wszystko, co potrzebne na szybką zupę, makaron czy nawet jakieś wieczorne pieczenie, jak mi się zachce.

Lepiej zmobilizować się raz na jakiś czas: odwalić tonę prasowania, zrobić wielkie zakupy, narobić przetworów, bo potem łatwiej jest prowadzić życie, które nie składa się jedynie z obowiązków. Mam zadatki na żonę ze Stepford, przyznaję, ale tłamszę je, pielęgnując inne potrzeby: lenistwa, towarzyskości, kultury. Wciąż jednak nienawidzę chaosu i bylejakości.

Dlatego przetwory są takie fajne - przez jeden dzień czujesz się jak domowa bogini, a potem już tylko spijasz śmietankę i odcinasz kupony.









Przygotowanie:
  • Pomidory dokładnie myjemy, kroimy na ćwiartki, wkładamy do dużego garnka, dodajemy czosnek, świeże zioła, trochę soli i cukru i rozgotowujemy. 
  • Następnie partiami przecieramy przez sito z małymi oczkami, tak by pestki i skórki pozostały na sicie. 
  • Umyte słoiki parzymy, a następnie napełniamy gotowym przecierem, zakręcamy i pasteryzujemy:

Na dnie dużego garnka umieszczamy szmatkę, następnie układamy na niej zakręcone słoiki z przecierem. Trzeba zwrócić uwagę, aby słoiki się nie dotykały. Garnek zalewamy letnią wodą do wysokości 3/4 słoika. Powoli podgrzewamy i gotujemy ok. 15-20 minut.  Po wygotowaniu, wyjmujemy naczynia za pomocą drewnianych szczypiec i pozostawiamy do wystygnięcia do góry dnem na ręczniku. Gdy nieco ostygną, dokręcamy na maksa.

Uwagi:

  • użyłam pomidorów malinowych, podobno do tego celu najlepsze
  • z 5 kg pomidorów + gniazda nasienne pomidorów lima pozostałe po suszeniu wyszło mi tyle słoików, ile widać na zdjęciu
 Inspirowałam się przepisem z bloga makecookingeasier

środa, 25 września 2013

the anniversary of surviving a massacre

Wciąż nie rozumiem, dlaczego tylko obchodzimy hucznie rocznicę przyjścia Zośki na świat, a nie fakt, że ja przeżyłam tę masakrę, jaką był poród. Oczywiście ja też wolę wspominać moment, w którym na mojej piersi położono tego małego, różowego człowieka i dotarło do mnie z ogromną siłą, że to my go zrobiliśmy, że ona tam była w brzuchu, cała gotowa, z paznokciami i burzą czarnych włosów na głowie. Wolę przywoływać to doświadczenie od wspomnienia poprzedzających go kilkunastu godzin umierania. Niemniej jednak czuję się nieco poszkodowana faktem, że tego dnia nikt nie wspomina moich nadludzkich wysiłków i koszmarnego bólu, tylko jest "hip-hurrra, Zośka jest rok starsza!".

Mimo tego lekkiego zgrzytu i ambiwaletnych uczuć, jakie mam od trzech lat 5-go października, wciąż uwielbiam przyjęcia, strojenie, gotowanie, pieczenie. No i uwielbiam tego człowieka, co to go w bólach na świat powołałam, więc oczywiście przeżywam, planuję, szykuję. Ma być tak po Zosinemu: bardzo czekoladowo, bo takie są jej ulubione torty i muffiny, młoda uwielbia wszelkie pianki i musy, kolorowe groszki i posypki. Artystka z niej niewyżyta, więc będzie też trochę sztuki: lepienie z gliny, malowanie, rysowanie. To dla dzieciaków. Pozostaje jeszcze impreza dla babć i dziadków, ciotek i wujków:) No ale to już inna historia, na pewno uwiecznię, pokażę, podam przepisy. Przed nami teraz ponad tydzień wycinanek, zabaw z taśmą washi, zakupów i pieczenia. 

Uwielbiam to!

...

I still can't understand, why we celebrate so sumptuously the anniversary of Zosia's coming to this world and not the fact that I have survived this massacre of the birth. Ofcourse I also prefer to recollect the moment when this little, pink person was lied on my breast and it stroke me with great strength that we made her, that she was inside me all ready with fingernails and black hair. I prefer to reminiscent this experience rather than the memory of the prior several hours of dying. Nevertheless I feel a bit aggrieved with the fact that noone recollects my superhuman efforts and terrible pain on that day and there's just one big 'hurray, Zosia is one year older!' thing.

Despite this little crack and ambivalent feelings I've had since three years on October the 5th, I still adore parties, decorating, cooking and baking. And I adore this little human being I brought to this world in pain, so despite this pain I still plan and prepare with excitement. It's going to be her way: very chocolatey, cause that's her favourite flavour of cakes and muffins, she loves all kinds of mousses, marshmallows, colourfull candies and sprinkles. She's a small artist, so there will be art involved: painting, drawing and clay. That's the plan for the kids, I still have to throw another party for grandma's and grandpas', unkles and aunts:) But that's another story, I will surely document it here on the blog. There's now over a week of cutouts, playing with washi tape, shopping and baking.

I love it!