Pokazywanie postów oznaczonych etykietą city. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą city. Pokaż wszystkie posty

piątek, 11 października 2013

o dwóch takich, co zrobiły Kontakt

Fajnie jest poznawać ciekawe kobiety, takie z wiedzą i pasją. Fascynują mnie bardzo te, które macierzyństwo zainspirowało do ciekawych inicjatyw, projektów, biznesów. Ja ostatnio poznałam jedną taką, co o rodzicielstwie wie tyle, że jej zazdroszczę i lubię słuchać, jak mądrze o tym mówi. Kinga imponuje mi nie tylko wiedzą, lubię ten jej spokój, ja choleryczka i gaduła, potrzebuję kojącej obecności takich osób. Tyle egoizmu, do rzeczy.

Kinga ma koleżankę Karolinę, obie mają dzieci i chcą więcej, czynią z radosnego, mądrego macierzyństwa swój sposób na życie i nim zarażają. Wymyśliły Kontakt Festiwal, chwała im za to.

"Kontakt Festiwal to przestrzeń stworzona przez Rodziców z myślą o Rodzicach, którzy chcą od życia więcej" - mówią o swoim projekcie. "Kontakt to festiwal, podczas którego uczestnicy wspólnie poszukają odpowiedzi na nurtujące pytania, wymienią się doświadczeniami w zakresie wychowania i naturalnego stylu bycia, zainspirują do rozwoju oraz odkrywania lepszej jakości życia i kontaktu – włączą świadome rodzicielstwo" - piszą.

Z tej filozofii powstał letni festiwal, z którego relację możecie zobaczyć poniżej. Ale jak to z pasjonatami bywa - dziewczynom było mało. Ruszają więc dzisiaj kontaktowe Bliskie Spotkania z Książką. Czekałam na to od dawna, niestety - my z Zośką siedzimy w domu i leczymy jakieś kolejne paskudztwo, trzymamy kciuki spod kołdry i jesteśmy w Kontakcie duchem.

Powodzenia, dziewczyny!
♥















poniedziałek, 30 września 2013

jestem mieszczuch

Lubię te miejskie wygody i snobizmy. Kubek aromatycznej kawy z tej ładnej szaro-żółtej kawiarni w dłoń, po kulce loda na drogę i spacer. Statki, uliczki i skwerki, młoda skacze po murkach i schodkach, podnosi listki i gałązki, wleczemy się, nie szkodzi, jest niedziela. Taką jesień to ja lubię - rozpięty płaszcz, kawa i lody, wystawiam twarz do słońca na ławce, jest to ciepłe jesienne światło, nasze smukłe cienie idą przed nami. Lubię gapić się na ludzi i podsłuchiwać ich rozmowy, widzę, że z wzajemnością, Miło jest pewnie iść do lasu na grzyby, spotkać sarnę na polnej drodze. Ale ja jestem mieszczuch, lubię te kawy i skwery, podsłuchane rozmowy, obiady w knajpie. 

Gdynia to naprawdę fajne miasto, jej zwarta zabudowa, sieć ulic i uliczek, skwerki, ławeczki, kawiarnie, plaża - to wszystko sprawia, że to miasto jest takie "do życia". 

Gdynia jest jakaś taka dla ludzi, lubię ją.



















wtorek, 3 września 2013

poproszę o więcej takich niedziel

Że Targ Węglowy wreszcie był dla ludzi przez kilka dni, a ja jarałam się opór - to już wiecie (vide: http://thepolkadotproject.blogspot.com/2013/09/gdansku-pozwol-zyc.html). Napalałam się w sobotę na fotografowanie blogerskich przysmaków, ale nie wyszło, to też już wiecie (vide: j.w.). Że u Anki będzie pięknie, tego się spodziewałam, że aż tak - tego nie mogłam wiedzieć. Niedziela, 11 z minutami, idą przez targ, budując napięcie, z rozwianym włosem, szybkim krokiem: królowa Anna i pomagierzy, niosą garnki i dzbanki, tace, kosze, bukiety. 

Pędzę do stołu, by zająć strategiczną pozycję i pstrykam, raz słońce, raz chmury, nie nadążam zmieniać ustawień w aparacie, sporo fotek nie tak wyszło, jak chciałam. Ale dość, nie o mnie. Ustawiają i donoszą: tarty, naleśniki, bułeczki, owoce, jajka i kasze, twarogi, a wszystko tak piękne, że nie miałabym śmiałości poczęstować się tym pierwsza. Jak zwykle u Ani, zapachniało wschodem: kolory stołu rodem z indyjskiego sari: amarant, czerwień, pomarańcz jadalnych nastrurcji, żółte cytryny i mimozy. Jak na malarkę przystało, rozrzuciła niedbale jeżyny i pierwsze jesienne jabłuszka, niczym w martwej naturze. Na myśl przychodziły mi takie słowa: radość, płodność, rozkwit, nasycenie.

Jedliśmy, co następuje (cytuję):

twarożek
naleśniki
pieczywo ( od piekarza)
konfitura na krótko z mieszanych owoców z działki Ciotki Czarnej z merlotem ( ale dosłoooooownie kieliszeczek
maślanka truskawkowa z wanilią z Madagaskaru
granola wegańska Karoliny
podróżne mango lassi
awanturka vintage z makrelą
małosolne Ani ( małosolęsy)
tortille ziemniaczane
jajka z kurkami z lasu brodwińskiego
jajka ze szpinakiem z działki Matki
jajka ze szparagami
tarta ze słonym twarogiem z konfitem z minimarchewek
tarta klafutis z łososiem
wegańskie „ masło pietruszkowe” do pieczywa
hummus buraczany
muffiny z porem i fetą
tortille pszenne
kasza bulgur/ jaglana tabouleh stajla
wegańskie miso postsobotnie Ani z kwiatami fasoli
limonada z kwiatami hibiskusa i bazylią
owoce z działki Mamy Mariusza
Ania, jesteś mistrz! Jesteś wcieleniem bogini płodności, matki-karmicielki, kipisz kolorami i smakami, przyciągasz i uwodzisz, kobieto. Karm nas częściej,bo urok w tym i magia nie do podrobienia. 




























Doświadczeń tyleż miejskich, co niebanalnych to nie koniec był tej niedzieli. Pozbywszy się młodocianej, nasycona królikiewiczowymi smakami i kolorami, pojechałam do Sopot, zobaczyć, o ironio, wege targ w mięsnym. Zaskakujące było to siedzenie na leżakach na wąziutkim chodniku na najbardziej ruchliwej ulicy Sopotu. Momentami może nieco za bardzo się czułam jak małpa w klatce, takie zainteresowanie przejeżdżających wzbudziło to zbiegowisko, ale mimo to przyjemna sytuacja. Wina spod Krakowa (pyszne), cydr Ignaców (w porządku, ale dupy nie urywa), kawa z Mitte (klasa) i tamtejsze kanapki. Tu rozczarowanie, oczekiwania miałam spore, bo już Trójmiasto obiegła wieść o tamtejszych wypiekach, a tu przy niedzieli jakieś przyschnięte buły rzucili, aż nas twarze rozbolały od gryzienia. No szkoda.

Mięsny świetny, białe kafle i haki robiły klimat, były kozie sery, domowe ciasta, hipsterskie lemoniady, na ścianach Porysunki. Byli ludzie piękni i młodzi, wszyscy bardzo modni, poczułam się elitarnie w tym gronie sączących fritz-colę na chodniku, za którą oglądali się intensywnie przejeżdżający ulicą Niepodległości. No i beka dnia: wspólne wyjście do UKRYTEGO szaletu w bramie, po zielonych schodach z odpadającą poręczą do zastawionej zbieraniną retro i kiczu pracowni. W środku wielka szafa, w szafie...toaleta! No nie dosłownie w meblu, ale przezeń mroczne przejście do malutkiego kibelka, zdecydowanie shabby look, z upiorną lalką na spłuczce. Wesoło tam było, w tym hipsterskim szalecie z organizatorką niczym kustosz oprowadzający po tym muzeum osobliwości.

Bardzo fajna Vege Sytuacja, świetna miejscówka, poproszę o więcej.