Nie pamiętam, kiedy ostatni raz weszłam w nowy rok z taką jakąś wewnętrzną energią jak teraz. Nawet z radością poszłam do pracy, ucieszył mnie koniec zgnilizny i obżarstwa, chce mi się robić, działać, zmieniać. Nie stawiam sobie wygórowanych celów, tylko takie, które wiem, że przy odrobinie wysiłku mogę osiągnąć. Jest 21:30, a ja jestem już po pierwszej dawce ćwiczeń w 2014 roku (inna sprawa, że było to cokolwiek oryginalne, wirtualne spotkanie - na pół ekranu Mel B, na drugie pół - moja skacząca w dresach przyjaciółka, taka nasza noworoczna umowa) w lodówce mam kaszę z warzywami i sałatkę owocową spakowaną w lunchboksiki do pracy.
Nosi mnie też na zmiany w mieszkaniu, już dzień po Świętach poprzestawiałam wszystko w jadalni, by dwa dni później wszystkie sprzęty wróciły z powrotem na swoje miejsce - było strasznie, nie dało się ruszyć. Postanowiłam więc zabrać się za nasz pokój i wygospodarować sobie kąt do pracy. Marzy mi się od dawna własny metr (no, może dwa) biurka, kawałek ściany, parę szuflad i pudełek tylko moich. Wkurzają mnie walające się po stole w kuchni laptopy i kable, denerwuje rozproszenie moich papierniczych skarbów do prac ręcznych w różnych kątach mieszkania. Trudno będzie mi wyczarować na kilkunastu metrach wszystko: pokój dzienny, sypialnię i domowe biuro. Ale mam wizję, zaczynam projekt "biurko". Napaliłam się jak szalona, w ten weekend zrobię sobie skromny kąt do pracy. Czuwajcie!
źródło: pinterest

























